Ładowanie


Artykuł prasowy: Ludzie z pasją. Sfilmowane marzenia 
Kobieta i Styl, nr 1 1996 r.


CYTAT. Fragment nieautoryzowanego artykułu – Anna Popławska: Ludzie z pasją.Sfilmowane marzenia. Źródło: Kobieta i Styl, nr 1 1996 r. 

CYTAT. C. d. artykułu – Anna Popławska: Ludzie z pasją.Sfilmowane marzenia. Źródło: Kobieta i Styl, nr 1 1996 r.

CYTAT. C. d. artykułu – Anna Popławska: Ludzie z pasją.Sfilmowane marzenia. Źródło: Kobieta i Styl, nr 1 1996 r.

 

 

Ludzie z pasją

Sfilmowane marzenia

Bożena i Jan Walencikowie, filmujący polską przyrodę, nie potrafią odpowiedzieć, ile filmów nakręcili: ponad trzydzieści, ale dokładnie? – zabijcie, nie pamiętamy. Ile zdobyli nagród? Chyba kilkanaście, musielibyśmy pogrzebać w notatkach. Oprócz filmów dorobili się wspólnie dwudziestolecia małżeństwa, osiemnastoletniego syna, 3-pokojowego, przemiłego mieszkania w miasteczku Mordy koło Siedlec, samochodu i mnóstwa wrażeń. W ubiegłym roku ukończyli 5-odcinkowy film o Puszczy Białowieskiej, pierwszy polski serial przyrodniczy. Na grudniową promocję serialu przyjechały do Białowieży osoby mające sporo do powiedzenia w międzynarodowych kręgach filmowców przyrody. Zanosi się, że serial Walencików Tętno pierwotnej puszczy trafi w wiele miejsc na świecie.

Rajska brama

Polskich filmowców przyrody można policzyć na palcach. Jeden z kolegów napisał kiedyś Janowi taką dedykację: wal Walencik naprzód śmiało, bo w przyrodzie jest nas mało. Przez długie lata Jan Walencik wprost stawał na głowie, żeby spełnić marzenie życia: filmować świat zwierząt. I ciągle było do tego daleko.

Urodził się i wychował w Kazimierzu nad Wisłą. A tam przyroda jest na wyciągnięcie dłoni. W liceum trafił na książkę Włodzimierza Puchalskiego Wyspa kormoranów. I wtedy poczułem – mówi, że nie widzę dla siebie innej przyszłości niż dokumentowanie przyrody.

Zdawał na biologię – jakżeby inaczej. Nie dostał się. Zaczepił się więc na 2-letnim studium reklamy. Na praktykę pojechał do miasteczka Mordy. Tam poznał Bożenę. Pobrali się i razem wędrowali od jednej małej miejscowości do drugiej. Jan zatrudniając się w kolejnych domach kultury, dobrze pamiętał, kim chce być. I próbował. Napisał do Puchalskiego prosząc, aby umożliwił mu pracę u swego boku. Puchalski odpowiedział z sympatią, zachęcając do ukończenia studiów, ale o pracy nie było mowy. Biegał więc Walencik z aparatem fotograficznym po łąkach i zagajnikach i chował zdjęcia do szuflady. Rodzice, znajomi uważali, że jestem dziwnym, ale dobrym chłopakiem.

Któregoś dnia zebrał się na odwagę i pojechał do Łodzi do Wytwórni Filmów Oświatowych. To był mój wyśniony adres. Kilińskiego 210, prawie jak rajska brama. Stanąłem przed dyrektorem i poprosiłem o pracę. Jakąkolwiek. Byle być bliżej filmu. No i znowu nic nie wyszło.

Wrócił do domu kultury i aparatu fotograficznego. Skończył zaocznie pedagogikę na UMCS. Cieszył się z przyjścia na świat syna. Przez cztery lata żeniliśmy studia, pracę i rodzinę. W 1981 r. osiedlili się w Mordach, gdzie mogli im pomagać rodzice Bożeny.

I los się odmienił. Jan dostał pracę w Wyższej Szkole Rolniczo-Pedagogicznej w pobliskich Siedlcach. Prowadził ze studentami zajęcia z techniki fotografii i filmu. Miał nareszcie do dyspozycji laboratorium i podstawowy sprzęt. Bożena skończyła studium fotografii i filmu i też zaczęła pracować na uczelni.

Na prostej

W 1983 r. uczelnia wysłała Jana na półroczną praktykę do WFO. Przydzielono go do ekipy, która filmowała łąkę słonowodną w Zatoce Puckiej, potem do drugiej, kręcącej w Białowieży. Niewiele miałem tam do powiedzenia. Teraz wspominam z uśmiechem tamte czasy, ale wówczas byłem niesłychanie przejęty i niesłychanie szczęśliwy.

Praktyka skończyła się i Jan wrócił na uczelnię. Pamiętając jednak o radach kolegów-filmowców zebrał zdjęcia i zadzwonił do telewizyjnego Zwierzyńca. Wystąpił tam jako gość. Raz, drugi. Potem miał już w Zwierzyńcu swoje okienko. Prawie przez dwa lata dojeżdżał z Siedlec do Warszawy na nagrania.

Któregoś razu, gdy jako redaktor pojechał przygotować z ekipą kolejny program, okazało się, że zdjęcia zostały spaprane. Wtedy uparł się i dostał kamerę, żeby robić zdjęcia do własnych scenariuszy. Udało się. Filmy zostały dobrze przyjęte na kolaudacji. Były to filmy człowieka-samotnika, bez szkoły filmowej, bez praktyki z kamerą, bez kategorii zawodowej. I naprawdę podobały się! – komentuje Bożena.

Pierwszy film robiłem jeszcze bez żony – wyjaśnia Jan. – Jeszcze nie została zarażona. Następny kręciliśmy już wspólnie.

Wciągnął mnie do filmu po czubek głowy – śmieje się Bożena. – Nigdy nie myślałam, że będę tak ciężko pracować. Ja, która chodziłam po uczelnianym laboratorium elegancko ubrana, pachnąca, uważając, żeby się broń Boże nie pobrudzić. Chodzić w gumiakach prawie cały czas? Nie do pomyślenia! Ale widząc, jak Janek walczy, postanowiłam, że na początku pomogę mu. Będę z nim pracowała, dopóki nie znajdzie drugiego takiego zapaleńca. Bo ludzie od niego uciekali: każdy był związany z domem, rodziną i nie chciał pracować tak jak on, bez reszty. I tak już zostało; pracujemy wspólnie. Czy żałuję? Skądże!

Zrezygnowali z uczelni, zaczepiając się w telewizji. I robili film za filmem. Przypadkiem trafili na festiwal filmowy w Sondrio we Włoszech. Wrócili stamtąd z czterema nagrodami.

Romans z naturą

Film przyrodniczy to tygodnie przygotowań i dnie pracy, aby zmontować z tego niecałą minutę – wyjaśniają Walencikowie. – Czasem scenę ze zwierzęciem można sfilmować w naturalnych warunkach, w jego środowisku, znacznie częściej jednak trzeba przysposabiać ogrodzony teren. W filmie Powszechny żywot jeleni pokazaliśmy rodzącą łanię. Kręciliśmy go w półdzikiej hodowli, w ponad 100-hektarowej zagrodzie. Czekaliśmy na wycielenie się kilku łań ponad dwa tygodnie. Mieliśmy stałe dyżury, zmienialiśmy się co kilka godzin. Ale i tak jedna nas przechytrzyła. Chodziła, kręciła się, wreszcie schowała się na moment za kępkę ziół i już za chwilę cielak był na świecie.

Nie wszystko da się sfilmować w terenie – tłumaczy Jan Walencik. – Na przykład taki rzęsorek, jeden z najmniejszych drapieżnych ssaków, polujący pod wodą na owady; pokazując go w naturalnym środowisku nie sposób, woda musi mieć odpowiednią przejrzystość, żeby zdjęcia były czytelne. Nasz rzęsorek był filmowany w warunkach naturalnych, a zdjęcia podwodne robiliśmy w specjalnym długim akwarium, kamerą, która 6-krotnie spowalnia ruch, bo zwierzątko przemieszcza się błyskawicznie. Ale żeby cokolwiek nakręcić w studio, musimy zrobić wcześniej mnóstwo obserwacji w terenie, wiedzieć jak zwierzę zachowuje się w swoim środowisku. Zdjęcia wykonane w sztucznych warunkach muszą wyglądać jak niestudyjne.

Przyszłych aktorów trzeba wyśledzić

Mieliśmy ogromne szczęście znajdować każdego roku dziuple sóweczki, najmniejszej puszczańskiej sowy – wspomina Bożena. Z mnóstwa nakręconych o nich materiałów do filmu weszła 1 minuta 44 sekundy. Czasem cały drobiazgowy scenariusz bierze w łeb. Mamy pod obserwacją ptasie gniazdo, wiemy mniej więcej, kiedy będą wykluwać się pisklęta, bierzemy więc kamery, ciężki sprzęt do plecaków i jedziemy kilometry przez wertepy. Rowerami, bo bryczki nikt nam nie wynajmie: komary zżarłyby konia. A tam gniazdo zniszczyła łasica. Albo zajeżdżamy, a pogoda załamuje się, zaczyna kropić i jest zbyt ciemno na zdjęcia. Podczas kręcenia filmów przyrodniczych musimy liczyć się z tysiącem nieprzewidzianych zdarzeń.

Zwierzęcych aktorów trzeba stopniowo przyzwyczajać do obecności człowieka. Czasem wychować od dziecka. Do serialu hodowano dwa rysie. Ze zdjęć kręconych trzy tygodnie, w filmie wykorzystano niecałe trzy minuty.

Puchacz to stworzenie trudno przystępujące na współpracę z człowiekiem – opowiada Jan. – Pierwszy był wielkim niewypałem aktorskim. Drugiego hodował na warszawskim lotnisku pan Grzesio Dzik. Gdy pierwszy raz przyjechał z nim do Białowieży, załamaliśmy ręce: ptak przyzwyczajony do otwartej przestrzeni, znalazłszy się nagle wśród drzew – zgłupiał. Wkrótce oswoił się z sytuacją, ale co z tego? Całe dnie czekaliśmy, żeby zechciał rozwinąć skrzydła i przelecieć kawałek. Podrzucaliśmy różne wabiki, on nic. Siedzi, jakby wrósł w gałąź. W końcu – leci! Trzeba go ująć z różnych pozycji kamery. Każda pozycja to jeden dzień pracy. Przygotowujemy się – tylko że w tym momencie zaszło słońce albo nasz puchacz zmienił kierunek.

Warto zwrócić uwagę, jak długi jest spis operatorów w każdym zachodnim serialu. 12-odcinkowy serial Petera Jonesa był kręcony przez 44 operatorów. A nasz, 5-odcinkowy – przez dwóch!

Aby stworzyć klimat zdjęć – wyjaśnia dalej – potrzebne są odpowiednie urządzenia, dzięki którym kamera „lata” między drzewami spoglądając na otoczenie z ptasiej wysokości lub płynie miękko tuż nad ziemią, dzięki czemu widz śledzi las z pozycji polującego lisa. Potrzebne są peryskopy do zdjęć spod wody i obudowy kamer do zdjęć podwodnych. Na Zachodzie takie urządzenia wypożycza się. My budujemy je sami. Nie zawsze jest to możliwe: gdy miałem pokazać owada w próchnie, musiałem za ciężkie pieniądze wypożyczyć w Monachium endoskop filmowy. Nic dziwnego, że nasz serial kosztował dobrych parę miliardów.

Naczynia połączone

Jesteśmy niczym naczynia połączone – mówi Jan. – Żona „robi” dźwięk, ja obraz, a reżyseria i scenariusze są wspólne. Bez współpracy Bożeny nic by mi nie wyszło.

Po przeszło dwóch latach pracy mają za sobą pierwszy serial. Przed sobą – oprócz zaplanowanych na ten rok pięciu filmów – wydanie kasety i książki o Puszczy Białowieskiej i o tym, jak serial powstawał. Szkoda że David Attenborough – twórca Na ścieżkach życia – nie mógł przyjechać na premierę – mówi Jan. – Chcę go poprosić o napisanie wstępu do naszego albumu o puszczy, byłaby to prawdziwa nobilitacja. Jednak czasem, gdy myślę, że to wszystko mogłoby zdarzyć dziesięć lat wcześniej, gdyby ktoś podał mi rękę…

Przecież to nie był czas zmarnowany – replikuje Bożena. – Robiliśmy mnóstwo wspaniałych rzeczy. Byliśmy razem, wychowaliśmy dziecko, mieszkaliśmy w uroczym Kazimierzu, poznaliśmy mnóstwo ciekawych ludzi, w Garbowie mogłam uprawiać ogród…

Pewnie, że nie płaczę nad sobą – stwierdza Jan. – Może to lepiej, że sam… To bardziej smakuje.

Anna Popławska

CYTAT. Nieautoryzowany tekst z Kobieta i Styl nr 1 1996 r.