Ładowanie


Artykuł prasowy: Oswojona puszcza 
Twój Styl, nr 6 1999 r.



CYTAT. Fragment artykułu – Jacek Szmidt: Oswojona puszcza. Źródło:Twój Styl, nr 6 1999 r.

CYTAT. C. d. artykułu – Jacek Szmidt: Oswojona puszcza. Źródło:Twój Styl, nr 6 1999 r.

 

 

CYTAT. C. d. artykułu – Jacek Szmidt: Oswojona puszcza. Źródło:Twój Styl, nr 6 1999 r.

CYTAT. C. d. artykułu – Jacek Szmidt: Oswojona puszcza. Źródło:Twój Styl, nr 6 1999 r.

 



CYTAT. C. d. artykułu – Jacek Szmidt: Oswojona puszcza. Źródło:Twój Styl, nr 6 1999 r.

CYTAT. C. d. artykułu – Jacek Szmidt: Oswojona puszcza. Źródło:Twój Styl, nr 6 1999 r.

 



CYTAT. C. d. artykułu – Jacek Szmidt: Oswojona puszcza. Źródło:Twój Styl, nr 6 1999 r.

CYTAT. C. d. artykułu – Jacek Szmidt: Oswojona puszcza. Źródło:Twój Styl, nr 6 1999 r.

 



W koronach drzew na alpinistycznych linach filmują ptaki. W kombinezonach płetwonurków podglądają żerujące bobry.

Oswojona puszcza


Tekst: Jacek Szmidt

Zdjęcia: Jan Walencik

 

Jana i Bożenę Walencików łączy miłość, filmowa pasja i fascynacja przyrodą. Lepiej rozumieją naturę zwierząt niż ludzi. Od 15 lat mieszkają tam, gdzie kręcą zdjęcia do filmów przyrodniczych. Festiwalowe nagrody sprawiły, że ich nazwisko zna cały świat. W środku lasu, w Białowieży, budują swój pierwszy prawdziwy dom. 

 

Sala kina Żubr w Bialowieży. Bożena i Jan biegną spóźnieni. Najpierw był kłopot z projektorem, potem problem z zawiązaniem jedynego krawata Janka. I ten list. Od sir Davida Attenborough, najlepszego na świecie filmowca przyrody, który jak kolega kolegom gratuluje im premiery. Wchodzą do kina niepewni, czy będzie widownia. A tu jak we śnie. Z dala słychać skandowanie: Autorzy! Autorzy! Ani jednego wolnego miejsca. Są białowiescy drwale i dyrektor Parku Narodowego. Peter Jones z BBC i leśnicy. Obejrzeli dwa odcinki Tętna pierwotnej puszczy, potem bijąc brawo na stojąco, domagali się następnych. – Warto było – szeptał Janek Bożenie do ucha, a jej się oczy pociły.

Mały świetlisty otworek dziupli. Widz jakby siedział we wnętrzu drzewa. W okienku pojawia się dzięcioł Z gąsienicą w dziobie. Karmi nienasycone młode.

– Jan, jak to się filmuje? – pytam z naiwnym zachwytem. – Zwyczajnie. Trzeba wypreparować pień. W otwór wstawić denko butelki, żeby ptaki przywykły do odblasku światła. Po paru dniach w to miejsce wprowadza się obiektyw kamery i czeka. Po tygodniu cierpliwości mam już minutę filmu.

Idziemy z Bożeną i Janem przez uroczyska Puszczy Białowieskiej. Urzędowe glejty pozwalają im wchodzić na obszary zakazane dla obcych. Bożena czyta w lesie jak w książce. Pokazuje sznureczek Iisich tropów. Miejsce, gdzie ciężki brzuch odyńca strącił śnieg ze zwalonego pnia. Puszcza widziana ich oczami jest ciekawsza. – Ten dąb kiełkował, kiedy Szekspir pisał Hamleta – mówi Jan. W jego głosie jest szacunek dla logiki rządzącej naturą. To dlatego w scenariuszu nowego filmu może zaplanować proroczo: Burza. Pod naporem wichru wali się strzelisty stuletni świerk. – Ja wiem, które drzewo nie wytrzyma najbliższej wichury – mówi tajemniczo.

Janek Walencik z Kazimierza Dolnego już w szkole wiedział, że będzie fotografować przyrodę. Zaczęło się od zachwytu albumem Włodzimierza Puchalskiego Wyspa kormoranów. Egzamin na wydział biologii, dobre wyniki i katastrofa. – Oblałem ruski! Bez ruskiego nie było studiowania, więc kilka lat strawił jako instruktor w prowincjonalnych domach kultury. – Byłem głupi Jasio z Kazimierza – ocenia dzisiaj. – Należało pojechać do Krakowa, usiąść pod bramą domu mistrza Puchalskiego i nie ruszyć się, póki by mnie nie przyjął na asystenta. Ja przecież gotów byłem za nim choćby statyw nosić!

Z włóczęgi po domach kultury są jednak dwie korzyści. Pierwsza to fotografie. W MDK-ach zawsze był jakiś aparat. Druga: na praktyce w Mordach poznał Bożenę. A ona pokochała szalonego chłopaka, który wstawał o północy, jechał rowerem przez bezdroża, żeby o świcie fotografować tokowisko cietrzewi. Wzięli ślub, gdy mieli po dwadzieścia lat. – Z miłości, z szaleństwa, na pewno nie z przymusu – podkreśla Bożena. Bo Maciek, ich syn, urodził się parę lat później. I nagle palec Boży. Wystawa zdjęć Janka Ptasie sekrety spodobała się w telewizyjnym Zwierzyńcu. Zaproszono go do programu. Ale szybko uznał, że potrafi sam. Z własnym scenariuszem filmu o ptakach poszedł do redaktora. Bożena pamięta, że w hotelu asystenta w Siedlcach całą noc oglądał pożyczoną kamerę, ucząc się, które guziki trzeba naciskać, żeby kręciła się filmowa taśma. Pojechała z nim na te zdjęcia. Kilkanaście dni w namiocie na bagnach pod Chełmem. Deszcz. Mycie w miednicy, do której nabierała wodę z torfowiska. Wsiąkła w jego filmowy świat. Skończyła studium fotograficzne. Nauczyła się realizacji dźwięku. Odtąd w czołówkach ich filmów pojawia się napis: Bożena i Jan Walencikowie, Od 15 lat bez przerwy razem. Dyndają na alpinistycznej linie w koronach drzew. W kombinezonach płetwonurków podglądają bobry. Tych zdjęć Bożena nie lubi. Wszystko jest mokre. Błoto zgrzyta w zębach. Więc pakuje wilgotne ręczniki do torby foliowej, wyciera ręce, kamerę. Jest śpiochem, ale umie, nie otwierając prawie oczu, wyjść o świcie na taras, ustawić magnetofon, wyregulować potencjometry i nagrać ptasi koncert na drozdy, kosy, wilgi i słowika. Drobna blondynka o ciepłym uśmiechu chyba przez te gumowe buty do pasa, skafandry i waciaki wciąż traktowana jest przez otoczenie po męsku. Gdy ze śmigłowca robili zdjęcia na rozlewiskach Narwi, okoliczni gospodarze komentowali z dumą: O, nasi panowie latali!

Oglądamy ich film z serii Żyjąca Europa realizowanej przez 11 europejskich telewizji. Bożena zdradza tajemnice, dzięki którym można pokazać zjawiska niedostępne nawet wytrawnym leśnikom. Choćby tę walkę łasicy z jastrzębiem. Łasica przemyka pod zwalonym pniem. Nie wie, że obserwuje ją drapieżny ptak. Napięcie. Krótkie kadry. Łasica. Szpon jastrzębia. I szarża. Z łopotem skrzydeł. Atak! Walka! Puszczę wypełnia wrzask. Lecą kawałki futra. – A łasiczka do dziś ma się dobrze – śmieje się Bożena, widząc, że poruszył mnie puszczański kryminał. Tak naprawdę zwierzę i ptaka filmowali osobno. A jastrząb szarpał inną, martwą łasicę, którą znaleźli na szosie. Jan ma całą zamrażarkę takich rekwizytów. Gdy Bożena szuka mięsa na obiad, wciąż natyka się na zawiniątko z napisem: Jeż albo Ropucha.

Film przyrodniczy: entuzjazm plus cierpliwość. Pierwsze to Jan. Wizjoner. Gdy pisze scenariusz, dom wygląda jak po huraganie. Dokoła książki, czasopisma. Wymyśla karkołomne sceny. Jak mrówka ma tańczyć, to musi tańczyć. – Dziś nie wystarczy pokazać: Oto jest las. Trzeba stworzyć opowieść, która tak będzie trzymała w napięciu, że nie pozwoli odetchnąć – mówi. Dyżurnym sceptykiem w ekipie jest Bożena. – Jasiu, tego się nie da – tłumaczy, bo wie, co będzie się działo na planie. Mąż ma wszelkie zalety z wyjątkiem cierpliwości. Nie przystaje do niego stereotyp pogodnego miłośnika natury. W przyrodzie spóźnienie jednego dnia oznacza odłożenie zdjęć o rok. Siedzą w uroczysku, gdzie rodzi się żubr. Czekają na słońce. Poród się zaczyna, a światła do filmowania nie ma. Jan rzuca wszystko, klnie, potem przeprasza. Cyrk! Tu entuzjazm, a tam okrutny limit taśmy: 10 minut za 500 złotych.

Ich filmy są niezwykłe, ponieważ sami są ich narratorami. Burzę w puszczy pokazują, uciekając przez bagna przed strumieniami deszczu. Budują fascynującą akcję, ale budzą też refleksję nad istotą życia. – Jaką szansę ma nasienie, by stać się drzewem? – pyta Jan, sypiąc na ziemię żołędzie. Jego obsesją jest prawda naukowa. Nawet w wannie studiuje zoologiczne rozprawy. Bożena podsuwa mu dla higieny duszy Bułhakowa, ale jemu czasu szkoda. Śmieje się z Francuzów, którzy w filmie o żubrach mówią, że podczas godów ich ryk słychać na kilka kilometrów. Bo naprawdę żubry flirtują w skupieniu. Najcenniejszym trofeum jest dla Jana i Bożeny nagroda Polskiej Akademii Nauk za Tętno pierwotnej puszczy. Dowód, że w ich filmie nie ma farbowania faktów. Pół życia w puszczy. A gdy po tygodniu zdjęć wracają do domu i trzeba zaplanować niedzielny odpoczynek, Jan mówi: Chodźmy do lasu. To weźmy na wszelki wypadek kamerę – godzi się Bożena. Śmieją się, bo to wielkie szczęście znaleźć w życiu swoją ścieżkę. Ich mieszkanie w Mordach, odkąd syn Maciek wyjechał na studia, coraz częściej jest puste. Bożena nie zrezygnowała dla dziecka ze swojej pasji, ale martwiła się o Maćka, gdy za długo był sam i dzwonił do Białowieży, wołając w słuchawkę do ojca: Oddaj mamę. – Teraz dom jest tam, gdzie my – mówią. Najwięcej czasu spędzają w hoteliku w Białowieży, gdzie przez zasiedzenie zajęli dwupokojowe mieszkanie. Bożena ma dar stwarzania w parę minut domowej atmosfery. Szybkie spaghetti, ciasto, butelka czerwonego hiszpańskiego wina, do którego oboje mają słabość. Tak było nawet na plaży w Słowińskim Parku Narodowym. Lało. Wpadali w depresję, czekając dwa tygodnie na pogodę do filmowania. Pojechała do GS-u, kupiła grubą folię. Zbudowali wiatę, zadaszyli, Jan zrobił ruszt i piekli na ogniu banany. Pokrewieństwo dusz. Niezwykła symbioza. On emocjonalny, zmienny, ona jak gąbka chłonie nastroje, jest zderzakiem amortyzującym jego konflikty z ludźmi. Czasem mają się dość. Bożena bierze wolne, wsiada do pociągu, ale już na peronie Janek wszystko łagodzi. Wagon rusza, a on biegnie i wola: Jak dojedziesz, zadzwoń.

– Jasiek ma talent, tacy mężczyźni mnie fascynują, Wybaczam mu wiele i nie zamieniłabym go na żadnego innego na świecie – mówi Bożena, śmiało patrząc w oczy męża. Jemu trudniej wychodzą komplementy spod gęstych wąsów: – Beńka jest jedyna. Nauczyła się mnie tolerować. Przystała na układ, w którym moje może być na wierzchu. I przyznaje: zginąłby bez żony. Nie pamięta, ile kosztuje chleb. Nie wie, kiedy ma brać leki. Rzuca w mech aparaty za tysiące dolarów i to ona je zbiera, by nie przepadły. Tak by chciała, żeby czasem pozwolił o siebie zadbać, sprawić sobie garnitur. A Jankowi wystarczają wojskowe spodnie, flanelowa koszula. Gdy buty się rozpadają, jadą do sklepu, oczywiście oboje, Jan bierze z półki takie same, płaci i czym prędzej ucieka. Bywa, że Bożena tęskni do miasta. Chciałaby iść do kina albo do kosmetyczki, Czyta kobiece pisma i trochę żałuje, że w lesie jest skazana na bezwonne kosmetyki. Zwierzęta nie tolerują perfum. Rzadko bywają z Janem w wielkim świecie. Nagrody z festiwali filmowych zwykle przychodzą pocztą kurierską.

Raz w Mediolanie skusili się na galę finałową. – Nie chciało nam się przebierać, Janek włożył jakąś marynarkę, ja sweter, a tu wyczytują nasze nazwiska. Nagroda! Potem druga. I trzecia dla najlepszej pary twórczej. Widział kto laureatkę w swetrze? Tam poznali Petera Jonesa, producenta z BBC. Zamówił u nich filmy do wielkiej przyrodniczej serii Żyjąca Europa. Uwierzyli, że nie są filmowcami z prowincji. Ale Bożena jest dumna, że Jan się nie zmienia. Ostatnio potrzebował osłony do filmowania pod wodą. Mógł kupić. Producent by zapłacił. Popatrzył, złapał ołówek. – Zrobię taką!

A jednak marzenia dojrzewają. Jedziemy z Janem i Bożeną na skraj Białowieży, Otwierają bramę do swojego miejsca na ziemi. Parkan otacza półtora hektara łąki u stóp ich puszczy.

– Jasiek obiecał, że na 25. rocznicę ślubu zbuduje mi dom – mówi Bożena, lojalnie nie wspominając, że został mu jeszcze tylko rok. Brniemy przez topniejący śnieg, zwiedzamy dom, którego nie ma. Weranda na wschód, żeby budziło ich poranne słońce. Tam laboratorium filmowe. Tu warsztat do konstruowania sprzętu. A w drugiej części łąki studio pod chmurką: kojce dla zwierząt, basen dla żab, ptasie woliery. Jan jak zawsze z optymizmem kreśli plany, od których kręci się w głowie. Zawsze to, co osobiste, odkładali na później. Niedawno zlękli się, że drzewa w ich ogrodzie nie zdążą urosnąć, więc kupili podrośnięte świerki, żeby zaoszczędzić choć kilka lat. Czas. Nagle odczuli, że ucieka. Zazdroszczą mieszkańcom Białowieży spokojnego, pełnego pokory stosunku do upływających godzin i dni. Chcąc nie chcąc, musieli dopasować do nich swoje tętna. Kresowi to dobrzy ludzie, ale nieufni. Przyjezdnych, choćby żyli tu od wielu lat, nazywają nawałocz i nie lubią ich, bo przywożą ze sobą swoją nerwicę. Ale Walencikowie powoli stają się swoi. Więc może już wolno im powiedzieć: U nas w Białowieży. I opowiedzieć się za rozszerzeniem białowieskiego parku, chociaż tutejsi się tego boją. Mogliby wędrować po świecie, robić filmy na antypodach. Ale tam wszystkie drogi są już rozjeżdżone. Egzotyka jest tuż za oknem. Puszcza Białowieska jest jedynym reliktem prastarych lasów w Europie. Wielką tajemnicą. Powstaje więc gigantyczny plan: scenariusz 14-odcinkowego serialu Saga o prastarej puszczy. Harmonogram zdjęć aż po 2006 rok. Jan budzi się czasem z lękiem: Nie uda się! A Bożena, jak zawsze uosobienie spokoju, tłumaczy: Możesz robić to albo sto innych rzeczy: fotografować, malować, grać na perkusji. Ty wszystko potrafisz. Nie mówią, że pieniądze szczęścia nie dają. Ich marzenia są kosztowne.

– Na co wydałabym milion złotych? – marzy głośno Bożena. – Najpierw na dofinansowanie Sagi. Potem na dom. – Ja zafundowałbym Beńce podróż dookoła świata – dodaje Jan. – I oczywiście wzięlibyśmy ze sobą kamerę – ze śmiechem powtarzają dobrze znany refren.

Na deser oglądamy film Puchalszczyzna. Jan płynie w nim wiosłową łodzią na wyspę kormoranów, Tę samą, o której opowiadała książka Włodzimierza Puchalskiego, budząc jego marzenia o filmowaniu. Koło się zamknęło. Przestali już z Bożeną żyć w cieniu swojego mistrza. Festiwalowe nagrody sprawiły, że nazwisko Walencików zna cały świat. Teraz do nich zgłaszają się chłopcy gotowi nosić statyw.

– Wszystko bym oddał, żeby to Maciek zechciał dołączyć do zespołu – zamyśla się Jan. Synowi bez żalu zdradziłby wszystkie swoje tajemnice. Ale 20-latek siedzi po uszy w książkach historycznych albo gra na perkusji. Jan jest ostatnim, który by wybijał młodemu człowiekowi marzenia z głowy. Więc tylko zarezerwował dla syna pokój w jeszcze nie wybudowanym domu. Z widokiem na prastarą puszczę.

CYTAT. Tekst zTwojego Stylu,  nr 6 1999 r.