Ładowanie


Artykuł prasowy: Saga o prastarej puszczy. W poszukiwaniu formy współczesnego filmu przyrodniczego
Film & TV Kamera, 05.03.2004 r.



CYTAT. Zapowiedź artykułu – Krzysztof Surmacz: Saga o prastarej puszczy. W poszukiwaniu formy współczesnego filmu przyrodniczego. Źródło: Film & TV Kamera, 05.03.2004 r.

CYTAT. Fragment artykułu – Krzysztof Surmacz: Saga o prastarej puszczy. W poszukiwaniu formy współczesnego filmu przyrodniczego. Źródło: Film & TV Kamera, 05.03.2004 r.

CYTAT. C. d. artykułu – Krzysztof Surmacz: Saga o prastarej puszczy. W poszukiwaniu formy współczesnego filmu przyrodniczego. Źródło: Film & TV Kamera, 05.03.2004 r.

 
 

 

CYTAT. C. d. artykułu – Krzysztof Surmacz: Saga o prastarej puszczy. W poszukiwaniu formy współczesnego filmu przyrodniczego. Źródło: Film & TV Kamera, 05.03.2004 r.

CYTAT. C. d. artykułu – Krzysztof Surmacz: Saga o prastarej puszczy. W poszukiwaniu formy współczesnego filmu przyrodniczego. Źródło: Film & TV Kamera, 05.03.2004 r.

 
 

Saga o prastarej puszczy – W poszukiwaniu formy współczesnego filmu przyrodniczego

Bożena i Jan Walencikowie

Wielu z nas oglądając dokumentalny film przyrodniczy zastanawia się, jak trudna i fascynująca musi być praca jego autorów. Jednak mało kto wie, jak naprawdę wygląda ona w rzeczywistości. Jaka wiedza i doświadczenie kryje się za fascynującymi obrazami dzikiej przyrody? Czy w dziedzinie przyrodniczego filmu dokumentalnego wszystko już zostało powiedziane, a dalszy jej rozwój uzależniony jest tylko od parametrów sprzętu filmowego i kolejnych odkryć naukowych?

Są takie miejsca, które od tysięcy lat pozornie pozostają niezmienione, choć w rzeczywistości nieustannie podlegają przeobrażeniom. To miejsca magiczne, chociaż na pierwszy rzut oka nic nie zdradza ich niezwykłości. W jednym z takich miejsc – w Puszczy Białowieskiej – Bożena i Jan Walencikowie pracują dzień w dzień na planie nowego serialu przyrodniczego pt. Saga o prastarej puszczy. W ciągu 5 lat 4 osoby stworzy 15 filmów, a każdy z 45-minutowych odcinków poświęcony będzie innemu gatunkowi flory i fauny Puszczy Białowieskiej. Krok po kroku poznamy losy kolejnych bohaterów: żubra, kruka, dębu, myszy, mrówki, żuka, czosnku, opieńki, szerszenia, sóweczki, bobra, kuny, dzika, rysia i wilka – gatunków wchodzących w skład ostatniego pragniazda pierwotnych lasów nizinnych na starym kontynencie. Ale o sile i wyjątkowym charakterze tego przedsięwzięcia stanowić będzie nie tylko temat i zakres realizacji, ale przede wszystkim nowatorska konwencja filmu.

Z uwagi na konieczność pracy z dzikimi zwierzętami w ich naturalnym środowisku trudno uwierzyć, że w realizacji Państwa projektu nic nie pozostawiono przypadkowi!

Jan Walencik: Cały projekt podporządkowany jest jednemu celowi – przeniesieniu na taśmę z góry założonych treści. Dlatego zawsze najpierw powstaje precyzyjny scenariusz oraz scenopis. Dopiero potem zbieramy materiał zdjęciowy, nigdy na odwrót. Jeśli plany realizujemy w 80%, to już jest nieźle. Praca z przyrodą polega nie tylko na rejestracji, ale na tym, aby rejestrując – aranżować. Oczywiście, W naszym filmie są miejsca na chwile podarowane przez naturę, ale zawsze w ramach konkretnej tezy.

W dotychczasowych filmach starali się Państwo odkrywać przed widzem metafizyczne doznania, jakich można doświadczyć w kontakcie z przyrodą. Realizacje te stanowią próbę obiektywnego opisu stanu przyrody i tylko czasami decydujecie się Państwo na zastosowanie własnej subiektywnej interpretacji omawianych zjawisk. Dlaczego tym razem ma być inaczej?

Jan Walencik: Współczesny twórca przyrodniczego filmu dokumentalnego za cel stawia sobie przedstawienie prawdy o danym gatunku, zgodnej z obowiązującym stanem wiedzy. W ten sposób powstał swoisty paradygmat jedynego słusznego stylu narracji: jeśli tylko coś zostało dostatecznie zbadane, to mamy pewność, że tak właśnie jest. Z tego powodu często realizatorzy filmów przyrodniczych eksplikują swe tezy z pewnością butnego człowieka: wilk jest taki a taki, żyje tak a tak, i oto cała prawda na ten temat. Dlatego powstają dość schematyczne monografie, utrzymane w duchu ekologii, budowane na fundamentach współczesnej wiedzy naukowej. Często sami robiliśmy takie filmy, ale już nam to nie wystarcza. Nadszedł czas, aby otaczającą nas przyrodę pokazać w inny, jeszcze niedoceniany sposób – przez osobnika. To przecież w losach jednostki przejawia się cały dramat życia.

Czemu ma służyć taka perspektywa?

Jan Walencik: Cechą charakterystyczną Sagi już na poziomie scenariusza jest oplecenie całej fabuły wokół indywidualnych potrzeb życiowych bohaterów. Staramy się wtopić w istotę bytu roślinnego lub zwierzęcego. Próbujemy pomyśleć jego kategoriami, zrozumieć jego sposób działania, uświadomić sobie, czym jest dla niego otaczający las, czy mógłby bez niego żyć? U podstaw naszego działania leży chęć odpowiedzenia na najbardziej podstawowe pytanie: jak to jest być wilkiem, z jego naturą, wrażliwością i zmysłami? Ten świat niedostępnych nam doświadczeń przedstawimy jednak w kategoriach zrozumiałych dla każdego człowieka – w czytelnej konwencji filmowej. W Sadze chcemy pokazać, że nie jesteśmy panami tego świata, a przynajmniej chcemy zachwiać naszymi niezłomnymi przeświadczeniami, że wilk to tylko ten, co chodzi na czterech łapach... Chodzi nam o refleksyjne spojrzenie na przyrodę, z odrobiną pokory, które rozbudzi w nas emocje, spowoduje, że będziemy inaczej postrzegać i rozumieć otaczający świat.

W ostatnich latach sposób podejścia do realizacji filmu przyrodniczego uległ istotnym przeobrażeniom. Jakie istotne rozwiązania formalne wniesie Saga do współczesnego polskiego filmu przyrodniczego?

Jan Walencik: Od samego początku założyliśmy, że Saga ma być w pełni autorskim filmem przyrodniczym, szukającym czegoś więcej niż tylko najpłytszej warstwy ikonograficznej. Dlatego postanowiliśmy zrealizować projekt w konwencji filmu fabularnego, a nie dokumentalnego. Opowiemy losy bohaterów starając się zrozumieć sens ich istnienia. Jednak w scenach wypełnionych wciągającymi zdarzeniami, perypetiami i suspensem widz z pewnością nie znajdzie antropomorfizmu – taniego przypisywania roślinom czy zwierzętom cech ludzkich. W takiej konwencji nakręcono w wytwórni Walta Disneya wiele fabularyzowanych filmów przyrodniczych. Ale w tych filmach przyroda była na usługach fabuły, podczas gdy w Sadze to fabuła jest na usługach świata zwierząt i roślin. Chcemy, aby styl Sagi, charakteryzujący się szukaniem nowych form wyrazu artystycznego, stworzył nowy kanon – przyrodniczy film fabularny. Oto drzwi, jakie pragniemy otworzyć.

W filmach przyrodniczych dialogi, typowe dla form fabularnych, zastępowane są opisową narracją. Jaką strukturę narracji przyjmie Saga skoro utrzymana ma być w konwencji fabularnej?

Jan Walencik: Indywidualności Sagi dopełni niezwykle skromna, subiektywna narracja, pojawiająca się tylko wtedy, gdy będzie niezbędna dla utrzymania toku akcji. Narracja ta nie przyjmie formy opisowej, lecz będzie otwierała i puentowała większe całości. Będzie naszą autorską refleksją nad tym, co może stanowić o istocie istnienia poszczególnych bohaterów. Drugim istotnym elementem narracji będzie dźwięk i oprawa muzyczna. W tym wypadku najważniejsze mają być odgłosy samej przyrody – będą nimi wypełnione najdłuższe partie materiału. Jednocześnie postanowiliśmy, że muzyce, którą skomponuje Staszek Sojka, pozwolimy żyć własnym życiem. Będą więc partie, W których będzie ona na pierwszym planie, wybije się ponad obraz, ale także takie, gdzie będzie stanowić tylko znak interpunkcyjny.

Postawione w przypadku Sagi cele formalne, scenariusz z rozpisanymi całymi scenami i rolami dla poszczególnych bohaterów, wymuszają określony styl pracy. Z tego powodu Walencikowie pracują nie tylko w dzikiej przyrodzie, ale także ze zwierzętami oswojonymi. Aby praca ta zaowocowała wiernym odzwierciedleniem na ekranie życia i zachowania się zwierząt w naturalnym środowisku, twórcy podjęli się prowadzenia hodowli prawie wszystkich gatunków występujących w serialu. Przystosowali własny dom na potrzeby hodowli i realizacji części zdjęć. Urządzono w nim atelier zdjęciowe oraz studio montażowe. Przed domem powstały bobrowe żeremia, czyli staw specjalnie zaadaptowany do celów zdjęciowych, także podwodnych. W nim mają zostać sfotografowane sceny narodzin i wychowywania potomstwa bobrów. Po drugiej strony domu, w zaciszu młodego zagajnika, powstała hodowla dzików, kun, watahy wilków i wielu innych zwierząt.

Jak dzielą się Państwo obowiązkami na planie?

Jan Walencik: Jestem operatorem kamer, a żona realizatorem dźwięku. Wspólnie odpowiadamy za scenariusz, montaż, narrację i reżyserię, bo wbrew powszechnej opinii w filmach przyrodniczych istnieje także zawód reżysera. Ale tak naprawdę wszyscy jesteśmy od wszystkiego. Sami zajmujemy się również hodowlą i opieką nad zwierzętami. W realizacji materiału stale uczestniczą jeszcze tylko dwie osoby: Krzysztof Komar – kierownik produkcji i Andrzej Muśko – asystent operatora.

Poza zdjęciami w atelier, zdjęcia wykonywane są w plenerze puszczy, do której zabieracie waszych aktorów. Jak wygląda praca operatora z dzikim zwierzęciem?

Jan Walencik: Z powodu konieczności częściowego oswojenia, czyli, jak to nazywamy przyswojenia zwierząt, pierwsze zdjęcia powstały dopiero po 1,5 roku od momentu rozpoczęcia realizacji. Ten czas był konieczny, aby móc osiągnąć zamierzenia scenariusza. Z naszymi bohaterami muszę widzieć się oko w oko. Bo jak tu mówić o stanach emocjonalnych kruka, nie zaglądając mu w oczy? Aby widz mógł poczuć, że jest z nim w bezpośrednim kontakcie, muszę używać szerokich obiektywów z bardzo bliska. Nie mogę pracować tylko na obiektywach długoogniskowych, bo straciłbym kontekst środowiska, w jakim żyje bohater. Sterowanie zwierzęciem może odbywać się w różny sposób, jednak zawsze raczej na zasadzie łagodnej prośby. To aranżacja i inscenizowanie zdarzeń takich, jak w naturze. Musimy umieć wydobyć konkretne zachowania, które założyliśmy w scenariuszu. To jest wyzwanie, z jakim musimy się zmierzyć. Opowiadamy historię i zatrudniamy do tego aktorów, którzy są bardziej kapryśni i krnąbrni niż prawdziwi aktorzy. A wszystko po to, aby wiedza, jaką już zdobyliśmy o danym gatunku, stała się faktem na negatywie, została zobrazowana. Musimy precyzyjnie odróżniać naturalne zachowanie zwierzęcia od nabytego w kontakcie z człowiekiem.

Państwa osiągnięć w dziedzinie hodowli dzikich zwierząt nie powstydziłyby się najlepsze ośrodki badawcze. Udało się Państwu doprowadzić a następnie sfilmować narodziny młodego wilczka w naturalnym środowisku. Ta scena jest bezcennym materiałem w skali światowego filmu przyrodniczego. Jednak wielu twórców filmów przyrodniczych twierdzi, że hodowla zwierząt do celów zdjęciowych jest nieetyczna. Kto ma rację?

Jan Walencik: Nie demonizowałbym sprawy hodowli zwierząt dla potrzeb filmu. Wolę mówić o przyswojeniu, a wręcz takiej sytuacji, w której to raczej my jesteśmy oswajani przez zwierzęta. Jest to rodzaj komitywy. Wiele osób, a zwłaszcza te, które nigdy tego nie robiły, sądzą, że praca z oswojonymi zwierzętami na planie zdjęciowym nie jest czystą robotą. Niektórzy dokumentaliści twierdzą, że powinniśmy zadowalać się tylko obserwacją przyrody. Ale ci sami dokumentaliści robią niejednokrotnie filmy, w których używają oswojonych zwierząt. Z resztą gotów jestem wykazać, że w niemal każdym współczesnym filmie przyrodniczym pełno jest udramatyzowanych scen ze swojakami. Uważam, że obserwacja takich zwierząt z bliska wyzwala równie wiele bogatych doznań, co obserwacja w wolnej przyrodzie. Rzecz w tym, aby umieć przenieść to na ekran.

tekst i fotografie Krzysztof Surmacz

CYTAT. Tekst z Film & TV Kamera,  05.03.2004 r.