Ładowanie


Reportaż prasowy: Jak zostałem poganinem 
Niwa, 26.09.1993 r.



CYTAT. Fragment reportażu – Piotr Bajko: ЯК Я СТАЎ ЯЗЫЧНІКАМ / Jak zostałem poganinem. Źródło: Niwa, 26.09.1993 r.

CYTAT. C. d. reportażu – Piotr Bajko: ЯК Я СТАЎ ЯЗЫЧНІКАМ / Jak zostałem poganinem. Źródło: Niwa, 26.09.1993 r.

 

 

 

Jak zostałem poganinem

Utarło się już, że uczniowie po wakacjach opisują na lekcjach swoje letnie przygody. Ja, prawdę mówiąc, dawno temu rozstałem się ze szkolną ławką, ale i mnie zechciało się wrócić do uczniowskich lat i opisać swoją wakacyjną przygodę. Zapraszam do lektury!

Tak się złożyło, że podczas minionego lata zamieniłem się, na jedną noc, w… pogańskiego Jaćwinga. Co on plecie! – powie ktoś. Nie, wcale nie plotę, po prostu wziąłem udział w zdjęciach filmowych. A dokładniej – statystowałem w filmie, który obecnie kręcą w Puszczy Białowieskiej Bożena i Jan Walencikowie (pisałem już o tym w Niwie nr 28 z 11 lipca br.).

Przed obiektywem kamery filmowej zdarzyło mi się stanąć dotąd dwa razy (po raz pierwszy wystąpiłem w jednym z odcinków francuskiego serialu telewizyjnego Akcja OPEN, zatytułowanym Ucieczka Króla, drugi raz – w programie Bogdana Czarnockiego poświęconemu białowieżanom). A więc, jakieś doświadczenie filmowe już nabyłem, przyznam jednak, że tak niezwykłych wrażeń jeszcze nie miałem.

Film Walencików w zasadzie poświęcony jest przyrodzie i odkrywaniu jej tajemnic, ale są w nim również wstawki fabularne, do których reżyser potrzebował statystów. Propozycję wystąpienia w tej roli otrzymałem od reżysera podczas udzielania mi przez niego informacji o przygotowywanym filmie dla Niwy. Szczerze mówiąc, nie potraktowałem jej na serio. Ale po upływie dwóch miesięcy Jan Walencik przyszedł do mnie już z konkretnym zaproszeniem. Trochę się wahałem, ale w końcu zgodziłem się.

I oto, 4 sierpnia b.r. pod wieczór, w Domu Myśliwskim – filmowej bazie Walencików, pojawiło się jedenastu statystów. Wcześniej, gdzieś w połowie dnia, ekipę zdjęciową zasiliły makijażystki i garderobiane, które przyjechały tutaj specjalnie z Warszawy.

Poszedłem na pierwszy ogień. Rozebrałem się do samych slipek. Wkrótce panie zaczęły ubierać mnie w strój… wojownika. Garderobiana zszywała kawałki skóry – chyba owczej, tyle że ufarbowanej – i układała je na mnie. Aby skóra nie gryzła ciała, musiałem włożyć przedtem koszulę. Na nogi naciągnąłem jakieś portki, które z wyglądu przypominały ni to kalesony, ni to rajtuzy. Najbardziej spodobały mi się buty ze skóry – lekkie, wygodne. Na głowę nałożono mi szyszak, wykonany ze skóry. Garderobiana obejrzała mnie ze wszystkich stron i odesłała do makijażystki. Tutaj poszło już sprawniej. Z warstwą kremu i pudru na twarzy, wróciłem do poczekalni, gdzie oczekujący w kolejce do garderoby powitali mnie śmiechem. No, poczekajcie, wkrótce i ja z was się pośmieję – pomyślałem. I rzeczywiście, po krótkim czasie z garderoby zaczęły wychodzić po kolei jakieś dzikusy.

W oczekiwaniu na zdjęcia, siedzieliśmy na sali i oglądaliśmy telewizję. Goście Domu Myśliwskiego bardzo podejrzliwie i z pewną trwogą w oczach spoglądali na nas i przez długi czas nie mogli zrozumieć, co to za komedianci.

W pewnej chwili któryś ze statystów zaproponował wszystkim udać się do restauracji Iwa, na piwo. Wiadomo, że chodziło mu nie o wypicie piwa, tylko o to jak zareagują kelnerki – przestraszą się nas, czy też nie? Poszli przeważnie mężczyźni. Ja zostałem, bo zorientowałem się, że dolna część ubrania trzyma się na mnie za luźno. Wstąpiłem do garderoby, by poprosić o jakąś agrafkę. Bo co by się stało podczas zdjęć, gdyby portki raptem zsunęły się ze mnie?! Garderobiana obejrzała mnie dookoła i postanowiła, że jednak zmieni strój. Po paru minutach przeobraziłem się w najzwyklejszego poganina.

W Iwie na widok dzikusów nikt się nie wystraszył, za to śmiechu było co niemiara. Po powrocie dowcipnisiów do Domu Myśliwskiego, wyruszyliśmy wszyscy samochodem na miejsce zdjęć. Znajdowało się ono w pobliżu leśnej osady Zwierzyniec, która leży obok szosy Hajnówka-Białowieża. Wśród dębów ujrzeliśmy totemy – czaszki żubrów i łosi (nawiasem mówiąc, wypożyczone z Muzeum Przyrodniczo-Leśnego). Pięknie prezentował się także Światowid, wyrzeźbiony w grubej kłodzie przez Joannę Krzemińską. Wkoło miejsca, gdzie miało palić się ognisko, poukładano grube dębowe konary. Polanę oświetlały reflektory. Obraz, naprawdę, był piękny, urzekający, można śmiało rzec – nie do zapomnienia!

Ten, kto miał już okazję uczestniczyć w kręceniu zdjęć, wie, że zajmuje ono dużo czasu i obowiązkowo należy uzbroić się w cierpliwość. Usiedliśmy więc na dębowych konarach i czekaliśmy na tę chwilę, kiedy będziemy potrzebni reżyserowi. Mniej więcej po godzinie przygotowania planu, przystąpiono do nagrywania pierwszej sceny. Brał w niej udział Lech Wilczek, znany fotografik i malarz, oraz Olga Czuriło – również osoba powszechnie znana w Białowieży, tyle że z powodu nadzwyczajnej pracowitości. Przed uruchomieniem kamery, wywiązała się dyskusja, jak babcia Olga ma trzymać ręce na kosturze. Spór zakończyła p. Krzemińska, proponując, by babcia wzięła kostur tak, jak to zazwyczaj robi!

Wykonane zostały próbne przejazdy kamery przed artystami. L. Wilczek miał w tym momencie rzeźbić w drewnie. I oto kamera, jadąc po szynach, już naprawdę pracuje. Wilczek przeciąga rękę w stronę noża wbitego w kłodę i… nie może go wyciągnąć! Manipuluje nią nerwowo, w końcu daje sobie radę. Kiedy kamera została wyłączona, malarz wyciera pot z czoła, bo mocno przeżył tę niespodziankę. Wszyscy z niego się śmieją. Scenę powtarza się jeszcze parę razy – na wszelki wypadek! To normalne przy zdjęciach filmowych. Tymczasem pojawiają się kłopoty ze sztucznym dymem. Wiatr wieje nie w tę stronę, w którą trzeba. Realizatorzy denerwują się, a dla nas to kolejny powód do śmiechu.

Wspomniana scena rozgrywa się koło ogniska, które jednak nie zostaje podpalone. Refleksy ognia na twarzach aktorów robią w sztuczny sposób pomocnicy reżysera, przy pomocy tzw. blend, to jest – połyskliwej blachy, którą cały czas trzeba poruszać, łapiąc światło reflektorów i nakierowując je na twarze statystów.

Na planie pojawiają się nieproszeni goście – szerszenie. Zwabiło je światło reflektorów. Wszyscy zaczynają machać rękoma. Jeden z szerszeni uciął w palec pomocnika operatora, Krzysztofa Komara. O, szerszeń uciął Komara – zauważył ktoś. Ale chłopakowi nie do śmiechu. Palec boli i puchnie w oczach.

Przygotowywana jest następna scena. Oprócz L. Wilczka i O. Czuriło, przy kłodzie, miejsca zajmują: emeryt Borys Wołkowycki, malarz Lech Nowacki i młody stolarz Mirosław Waszkiewicz. Tym razem zdjęcia przebiegają sprawniej, chociaż w dalszym ciągu mamy kłopoty ze sztucznym dymem. W pewnym momencie ktoś złapał bardzo interesującego chrząszcza. Pojawiła się myśl wykorzystania go w scenie. Posadziliśmy chrząszcza na czaszkę żubra i kiedy kamera już ruszyła, ten zlazł z czaszki i skierował się na głowę L. Nowackiego. Malarz nie mógł się powstrzymać i wybuchnął śmiechem, kręcenie sceny przerwano.

Nie obejrzeliśmy się, jak minęła północ. Na planie filmowym ogłasza się przerwę. Zostajemy poczęstowani kanapkami i herbatą. Po posiłku, Olga Czuriło zaczyna śpiewać białoruską piosenkę o kukułce, echo niesie się po całej puszczy. Oklaski po zakończeniu śpiewu są jednak donośniejsze, niż piosenka. Starsza wiekiem statystka zaczyna drzemać. L. Wilczek też usnął, opierając się o stos drewien, przygotowanych na ognisko. Odwinęła mu się onuca na nodze. Docent Simona Kossak żartuje, że jej kolega wygląda, jak jakiś sybirak albo burłak. Sama jest przebrana za dziewczynę.

W przerwie zdjęć pomocnicy realizatorów zmieniają plan – układają konary w nieco inny sposób. Pracy przy tym jest sporo. Jak lepiej i szybciej przerąbać konar podpowiada im O. Czuriło. Wszyscy zachwycają się życiowym doświadczeniem tej starszej kobiety.

W kolejnej scenie potrzebni są wszyscy statyści. Siadają oni wokół ogniska, które tym razem zostaje rozpalone. Makijażystka na nowo nanosi puder na nasze twarze. Przechodząc obok L. Wilczka zauważa, że ma on zbyt czyste ręce. Ten, uradowany, powiada: Ależ mi pani komplement powiedziała! W życiu jeszcze od nikogo nie usłyszałem, że mam za czyste ręce. Zwyczajnie ludzie mówią co innego. Wszyscy się śmieją.

Ognisko bucha ogniem. Kamera tym razem porusza się poza plecami pogan. Jest skierowana na ogień, w który dziewczyny – J. Krzemińska i jej ciotka S. Kossak oraz O. Czuriło – wrzucają jakieś zaczarowane zioła. Jałowca dorzuca chłopiec – pracownik naukowy Białowieskiego Parku Narodowego, Andrzej Keczyński. Scena ta przedstawia elementy pogańskiego obrządku.

Żar z ogniska piecze wszystkich niemiłosiernie w twarze. Reżyser woła, by operator Krystian Matysek nie zbliżał się za bardzo do ogniska z kamerą, bo szkła w obiektywie popękają. Ten, w przerwach, osłania całą aparaturę jakimś kocem! Wszyscy płoną, szczególnie w momencie wykonywania zbliżeń twarzy, gdy reżyser, co i raz podlewa denaturatu z patelni do ognia. Najbardziej wytrzymałą okazała się, a jakby inaczej… babcia Olga.

Po zakończeniu zdjęć, Jan Walencik dziękuje wszystkim statystom za pracę i… cierpliwość. O pozostanie na planie prosi mnie i rycerza Stanisława Kujawiaka, na co dzień dyrektora Białowieskiego Ośrodka Kultury. Jesteśmy potrzebni do realizacji ostatniej sceny. Wszyscy pozostali są odwożeni samochodami do domów.

W scenie bierze udział z nami także reżyser. Wypowiada on przed kamerą kilka zdań, które nagrywa jego żona. W tym momencie niedaleko, w Zwierzyńcu, zaczyna szczekać pies, a wkrótce daje się słyszeć warkot samochodów na szosie. Co czuł w tej chwili reżyser, można było łatwo odczytać z jego twarzy.

I tak zakończyły się zdjęcia nocy Jaćwingów. Do domu wróciłem o świcie. Obraz sprzed kilku godzin długo jeszcze miałem przed oczami. Dla niego warto było nie dospać.

Piotr Bajko

 CYTAT. Tekst zNiwy,  26.09.1993 r.