Ładowanie


Wywiad prasowy: Epigoni i co dalej?
Parki Narodowe, nr 3 1998 r.



CYTAT. Fragment wywiadu – Wojciech Sobociński: Epigoni i co dalej?  Źródło: Parki Narodowe, nr 3 1998 r.
 

CYTAT. C. d. wywiadu – Wojciech Sobociński: Epigoni i co dalej?  Źródło: Parki Narodowe, nr 3 1998 r.

CYTAT. C. d. wywiadu – Wojciech Sobociński: Epigoni i co dalej?  Źródło: Parki Narodowe, nr 3 1998 r.

 
 
 

Bożena WALENCIK
(ur. 1956 r.), dla Telewizji Polskiej pracuje od 1983 roku jako scenarzystka, reżyser i dźwiękowiec filmów przyrodniczych.

Jan WALENCIK
(ur. 1955 r.), dla Telewizji Polskiej pracuje od 1983 roku jako scenarzysta, reżyser i operator filmów przyrodniczych. Fotograf przyrody, autor albumów fotograficznych.

Wspólnie zrealizowali 34 filmy przyrodnicze, zdobyli 10 nagród przyznanych na festiwalach filmów przyrodniczych w kraju i za granicą. W maju 1997 roku Polska Akademia Nauk przyznała im doroczną Nagrodę Główną imienia Profesora Hugona Steinhausa.

Epigoni i co dalej

 

Parki Narodowe: Kiedyś pracowali Państwo naukowo w Wyższej Szkole Rolniczo-Pedagogicznej w Siedlcach. Jak to sie stało, że to film i fotografia przyrodnicza, a nie praca naukowa zawładnęły Waszym życiem?

Jan Walencik: Właściwie to jeszcze wcześniej, zanim zajmowałem się tak zwaną pracą naukową, raczej dydaktyczną, film przyrodniczy i fotografia przyrodnicza bardzo mnie pociągały. Gdy pracowaliśmy z żoną na uczelni, ja dużo fotografowałem. Była to fotografia czarno-biała, dużo Puchalszczyzny – fotografowałem przeważnie ptaki. W międzyczasie żona skończyła Studium Fotografii i Filmu. Obroniła tam dyplom, którym był film o śmieszkach nakręcony na stawach siedleckich. Moja praca naukowa była trochę wymuszona. Jako nauczyciel akademicki miałem zajęcia ze studentami, ale mój szef zmusił mnie do samokształcenia, to znaczy do przygotowania rozprawy doktorskiej. Tytuł mógł być tylko jeden – związany z filmem i fotografią przyrodniczą, bo to mnie interesowało. Szukając tematu i promotora, znalazłem panią doc. dr Polę Wert z Uniwersytetu Łódzkiego, która zajmowała się filmoznawstwem i była gotowa mi pomóc. Wzięła mnie pod opiekę i stała się promotorem rozprawy doktorskiej zatytułowanej Włodzimierz Puchalski, życie i dzieło, fenomen twórczy. Miałem otwarty przewód doktorski, ale rozprawa niestety nie miała szczęśliwego końca. Ponad dwa miesiące przed terminem obrony pani promotor zmarła. Potem zmarł kolejny promotor, później zmarł doc. Maciej Łukowski – szef Wytwórni Filmów Oświatowych, który miał być jednym z recenzentów tej rozprawy. Wtedy i ja dałem spokój. Analizując życie Puchalskiego, spędziłem sporo czasu w WFO w Łodzi, badając archiwum filmowe. Współpracowałem też z dwoma ekipami filmowymi. Była to ekipa Romana Dębskiego, pomagałem kręcić film o łąkach słonoroślowych nad Zatoką Pucka. Później, w Białowieży, pomagałem przy filmie Ryszarda Wyrzykowskiego Małe, żarłoczne, pożyteczne – o ryjówkach. Potem, dzięki namowom Rysia, pokazałem swoje zdjęcia w Zwierzyńcu i tak dostałem swoje okienko w tym programie. Opowiadając o fotografii czasem wspomagałem się materiałami Puchalskiego mówiącymi o pracy filmowej. Sam wtedy nie filmowałem – przynajmniej zawodowo (choć to określenie niewiele znaczy). Po tych zdarzeniach przerwałem pracę na uczelni.

Czemu przez wiele lat po zakończeniu współpracy ze Zwierzyńcem nie pokazywał Pan swoich zdjęć?

J.W.: Publikowałem swoje zdjęcia, gdy pracowałem jeszcze na uczelni. Potem dość mocno wszedłem w film i na początku nie bardzo to było do pogodzenia, nawiasem mówiąc nigdy nie jest, choć, wkładając w to dużo trudu można próbować. Powiedziałem sobie, że nie warto powtarzać tego, co robią inni. Praca o Puchalskim nauczyła mnie jednego – to był bardzo utylitarny dla mnie efekt – nauczyła mnie patrzeć na robotę fotografów i filmowców jako na pracę autorów, ich dzieła i wytwory jako rzeczy autorskie, a nie jako coś bezosobowego. Planuję w swej książce o Włodzimierzu Puchalskim taki tytuł Epigoni i co dalej? Nie chciałem być jednym z naśladowców, choć się w tym trochę rozwinąłem. Może to zawsze dźwięczy w każdej fotografii ludzi z mojego i nieco starszego pokolenia. Czasem z Tomaszem Kłosowskim mówimy, że to Puchalszczyzna tak nas przeżarła od spodu bez reszty. A przecież każdy ma jakiś swój pazur, swoje spojrzenie. Nie chciałem po prostu naśladować. Lepiej pokazać coś, co się ma swojego i tu jest prosty związek z tym co dalej – dlaczego taka przerwa. Po prostu siedziałem sobie cicho i robiłem swoje. Miałem swój pomysł na fotografię. Efektem jest to, co teraz pokazuję w albumach. Aby sprawa była całkowicie jasna, fotografia i film Włodzimierza Puchalskiego to coś jedynego w swoim rodzaju – niepowtarzalnego, ciepłego i pięknego – dziś już także legenda i historia pionierskiej fotografii i filmu przyrodniczego. Naturalne chyba, że trzeba iść dalej.

Bożena Walencik: Ale on był przede wszystkim pierwszy. W momencie, kiedy zwykli ludzie nie wiedzieli w ogóle co z tą przyrodą jest. Sama fotografia przyrodnicza była wtedy nowatorska, przecież fotografowano rodziny, ewentualnie konie.

J.W.: Ten pierwszy etap to pokazanie przyrody – zobaczcie jaka piękna. Potem zaczyna się już myśleć jak to działa, jak funkcjonuje. Później są następne etapy. Ja już mam nawet pewne nowe pomysły. Myślę jednak, że my – Polacy – wciąż jeszcze jesteśmy w tym drugim. Niektórzy już do niego wchodzą a niektórzy już mają go dość. Teraz ważna jest kwestia tłumaczenia czegoś w przyrodzie, ale jednocześnie nie pozbawiamy się elementu uniesienia, zachwytu. I tak staraliśmy się budować nasze ostatnie filmy, bo te pierwsze też były robione na zasadzie recepty – bierze się ten gatunek i ten i powstaje zielnik, wyliczanka. To może jest też fascynujące, ale trochę za mało. To tak jakby człowiek musiał chodzić trzy razy do szkoły podstawowej, a przecież chce się już dowiedzieć czegoś na wyższym poziomie. To jest bardzo groźne, bo to my fotografowie i filmowcy - kręcimy na siebie bat.

Jak udaje się pogodzić kręcenie filmów i fotografowanie, bo jak Państwo wspomnieli jest to bardzo trudne?

J.W.: My mamy to szczęście, że jesteśmy razem i uzupełniamy się. Dodatkowo żona mnie dopinguje.

B.W.: W zasadzie wtedy, gdy podglądamy coś, co ma się znaleźć w filmie mamy czas na fotografię. Również podczas kręcenia zdjęć do filmu, szczególnie trudnych, staramy się znaleźć czas na fotografię. I fotografia i film są równie ważne w naszym życiu. Bierze się to stąd, że żal nam wielu sytuacji, wielu momentów, które są niepowtarzalne.

J.W.: To jest nasza zachłanność. Ale wolno chyba takim być? Mówię za nas troje, bo jest jeszcze z nami Krzysiek Komar – w takiej ekipie pracujemy już od kilku lat, od Tętna... począwszy i na razie tak sobie wiążemy przyszłość.

Fotografia jest wypowiedzią bardzo osobistą, a czy w filmie jest tak samo? Czy łatwo jest oddać to, co się czuje? Przecież machina telewizyjna ma swoje wymagania i narzuca filmowi pewne reguły. Ponadto zawsze jest coś, co się nie udaje. Jak to jest z tym filmem jako osobistą wypowiedzią twórców?

J.W.: Mamy to szczęście, dzięki ludziom rozumiejącym film przyrodniczy w Telewizji Polskiej, że możemy robić filmy autorskie. Jest to przywilej i zdajemy sobie z tego sprawę. Czym innym jest robienie filmów na zamówienie, a czym innym tworzenie czegoś co wychodzi z naszych głów, odczuć, jest to także zobowiązanie – kredyt, który zaciągamy za każdym razem, kiedy nowy projekt wchodzi do produkcji. Staramy się tego zaufania nie stracić i nie dać powodu, żeby przy następnym projekcie ktoś powiedział – no wiecie, ale to nie do końca zrobiliście jak trzeba.

B.W.: My mamy bardzo dobry układ, bo sami wszystko robimy. Piszemy scenariusze, robimy zdjęcia, montujemy.

J.W.: Ale ta pazerność wychodzi bokiem. Bo to jest przy okazji bardzo męczące. Ale w tym jest pewna niezależność, choć ktoś może widzieć w tym groźbę popadnięcia w jakąś sztampę, samozachwyt. Staramy się, żeby inni nadzorowali naszą robotę. Często i dużo dyskutujemy. Czy zastosować taką czy inną formę. Poza tym staramy się myśleć kategoriami widza, jak on to zobaczy. Zresztą przecież my też jesteśmy widzami.

Jakie są kolejne plany i pomysły?

JW.: Nie chcielibyśmy zdradzać naszych nowych pomysłów, nie bardzo chcemy zdradzać. Uważamy, że inaczej smakuje owoc zerwany jako dojrzały w całości.

To może pomówmy o tym co już jest zrealizowane, ale widzowie jeszcze nie mieli okazji tego zobaczyć.

J.W.: Przez ostatnie dwa lata kręciliśmy dwa godzinne odcinki z ośmioczęściowego serialu Żyjąca Europa. Jest to duża koprodukcja kilkunastu europejskich stacji telewizyjnych i jednej amerykańskiej. W tej liczbie znajduje się również Telewizja Polska. Współpracowaliśmy w dużym zespole, któremu przewodniczył Brytyjczyk Peter Jones – był producentem wykonawczym tej serii. Wcześniej wyprodukował on znany serial Na ścieżkach życia. Pracowaliśmy więc w dobrym towarzystwie i tak chyba zostanie, bo ten model zasmakował zarówno TVP jak i innym koproducentom, no i nam. My robiliśmy dwa autorskie odcinki: Ostatnie dzikie lasy i Słodka, świeża woda. Dzięki koprodukcji filmy te zrobione są na wysokim, obowiązującym w świecie, poziomie technicznym. Wysoka rozdzielczość, format – super 16, cyfrowy zapis dźwięku – jest to poziom, z którego nie chcielibyśmy zejść już nigdy w życiu.

A plany i nowości książkowe?

J.W.: Też nie wszystko możemy powiedzieć. Na pewno jeszcze coś z tej serii Polskie Parki Narodowe – prawdopodobnie dwa albumy. Poza tym mamy inne pomysły książkowe. Chcemy doprowadzić do tego, żeby tak jak w przypadku Żyjącej Europy z każdym filmem pokazywała się książka. Poza tym ciągle kończę książkę Za ogonem żubra, czyli jak zrobiliśmy serial „Tętno pierwotnej puszczy” – prezentującą kuchnię filmową. Książka o Włodzimierzu Puchalskim, którą jestem Mu winien,  brzydko mówiąc, dużo grzebałem w jego życiu – też jest ciągle w planach. Chciałbym, aby kiedyś młodzi ludzie chwytając za aparat mogli dowiedzieć się jak żył i robił swoje zdjęcia i filmy taki człowiek jak Puchalski.

B.W.: Nie opłaci się mieć wielkich planów książkowych, ponieważ więcej się na to wydaje niż potem zarabia. Plany są na zasadzie hobby.

A wątek białowieski w życiu Państwa Walencików. Jaką rolę odegrała Puszcza Białowieska i ludzie tu żyjący?

B.W.: Ludzie w Białowieży są wspaniali i uważamy, że to środowisko jest dla nas wymarzone. Wszyscy, którzy oczekują stabilności, spokoju i bezpieczeństwa powinni zamieszkać w Białowieży. Tylko co wtedy z Puszczą?

J.W.: Najlepszym dowodem na to co myślimy o Białowieży jest to, że postanowiliśmy tu się osiedlić. Stąd też można wyjeżdżać w cały świat. Ale nam Puszcza smakuje i wiążemy z nią jeszcze wiele planów.

B.W.: Różni przyrodnicy mają w całej Polsce swoje ulubione miejsca plenerowe – my Puszczę Białowieską.

W serialu znalazło się wiele stwierdzeń dotyczących potrzeby ochrony Puszczy Białowieskiej. Czy macie Państwo swoją wizję ochrony, czy może odpowiada Państwu któryś z istniejących pomysłów?

J.W.: Ochrona Puszczy musi być przede wszystkim rzetelna. Jak dotąd tylko status parku narodowego zapewnia najwyższą rangę ochronną. Może narazimy się różnym osobom, ale prawda jest taka – i to jest nasze szczere przekonanie – cala Puszcza Białowieska powinna być parkiem narodowym, ale nie ścisłym rezerwatem – bo byłoby to duże głupstwo. Powinna to być sieć rezerwatów ścisłych i częściowych. Ale przede wszystkim chodzi o to, by na Puszczę patrzeć inaczej, jak na coś jedynego w swoim rodzaju. To przykre, że się z nas śmieją mówiąc, że nie potrafimy docenić tego co mamy. Często rozmawiamy z mieszkańcami o ochronie Puszczy nie po to, by się mądrzyć. My widzimy tę puszczę też z zewnątrz. Mieliśmy możliwość przemierzyć samochodem Niż Europejski od wschodu po zachód. Takich lasów, nie posadzonych przez człowieka, rzeczywiście już nie ma.

B.W.: Miejscowi nie zdają sobie sprawy z tego, jaki posiadają skarb. A ze skarbem to jest tak, że jak się go ciągle podbiera to w końcu się skończy.

J.W.: W parze z tym idzie butne przekonanie człowieka, że przyroda jest dla nas, że musi być nam podporządkowana, a to nie tak. Ponadto powinno się uciąć wszystkie dyskusje, co z ludźmi w parku narodowym obejmującym całą Puszczę Białowieską. Tylko idiota może twierdzić, że tych ludzi trzeba z wiosek przegnać i rozpędzić. Nie! Są tu ludzie i jest infrastruktura nadleśnictw. Pewnie, że nie wszyscy są za ochroną i nie wszyscy muszą się zmieniać. Ci ludzie powinni tu wciąż mieszkać tylko z trochę innym nastawieniem. Tu chodzi o bardzo zasadniczą sprawę, o przejście z nastawienia na wyciągnięcie z tego lasu jak najwięcej jako zakładu produkcyjnego, na rzecz zachowania całej przyrody.

Na zakończenie proszę zdradzić Państwa filmowe marzenia.

J.W.: Bardzo ciągnie mnie Amazonka. Kiedyś emocjonowałem się powieściami Arkadego Fiedlera i strasznie chciałem tam pojechać. Potem oglądałem różne filmy i można  powiedzieć, że wszystko stamtąd już zostało zrobione. Czyli właściwie nie ma tam dla nas miejsca, ale jednak to nie jest prawda. Zawsze można inaczej spojrzeć i zrobić coś nowego, nieoczekiwanego. Film przyrodniczy powinien się rozwijać wraz ze świadomością autorów. Gdybyśmy tam pojechali, to po to, by zrobić coś zupełnie nowego, a nie zwykły film.

B.W.: Mieliśmy też plany co do Syberii, jednak do tego nie jesteśmy jeszcze przygotowani. Ale ja marzę o tym, abyśmy nakręcili wreszcie taki film, który pozwoli nam resztę życia przeżyć w bezpieczeństwie finansowym.

Dziękuje za rozmowę i życzę spełnienia marzeń.

Rozmawiał: Wojciech SOBOCIŃSKI

CYTAT. Tekst z Parków Narodowych,  nr 3 1998 r.