Ładowanie


Wywiad prasowy: Każdy nasz film zaczynał sie od marzeń
Biebrzańskie Wieści, nr 16 2014 r.




CYTAT. Fragment wywiadu – Renata Zalewska, Cezary Werpachowski: Każdy nasz film zaczynał się od marzeń. Źródło: Biebrzańskie Wieści, nr 16 2014 r.


CYTAT. C. d. wywiadu – Renata Zalewska. Cezary Werpachowski: Każdy nasz film zaczynał się od marzeń. Źródło: Biebrzańskie Wieścinr 16 2014 r.

 

 

Każdy nasz film zaczynał się od marzeń

Skąd się biorą kreatywność, twórczość, umiejętność wytyczania nowych szlaków w nauce, kulturze, czy sztuce? Dlaczego tylko nieliczne dzieła pozostają w pamięci, bo są wyjątkowe, podczas gdy inne stanowią odwzorowanie poprzednich? Być może sprawia to połączenie dwóch przeciwstawnych pierwiastków osobowości ludzkiej. Z jednej strony wysublimowany, acz chłodny perfekcjonizm, pełen dokładnych kalkulacji, skrupulatnych obliczeń i najdrobniejszych szczegółów. Z drugiej natomiast spontaniczność, intuicja, niebywała inteligencja emocjonalna, pozwalająca na zrozumienie najgłębiej skrywanych uczuć innych. Nie tylko ludzi.

Elegancki, gustowny, pięknie i szczegółowo wykończony dom, a jednocześnie niezwykle ciepła i romantyczna ostoja. W osłupienie wprawił nas widok dzikiego wilka biegającego w zadbanym ogrodzie. Przekraczając próg domu Bożeny i Jana Walencików w Białowieży, nie mogliśmy oprzeć się wrażeniu, że zostaliśmy zaproszeni w niezwykłe miejsce, przez wyjątkowych gospodarzy.

Rozmawiali: Renata Zalewska i Cezary Werpachowski

 

Renata: Dlaczego filmy przyrodnicze i skąd wzięła się pasja do przyrody?

Jan: Wszystko, co wiązało się z biologią, od najmłodszych lat było dla mnie ważne. Brałem nawet udział w olimpiadzie biologicznej. Pisałem o biologii kawki. Potem zdawałem na biologię na UMCS , niestety oblałem… z rosyjskiego, ale tak naprawdę ukierunkowałem się na chemię nieorganiczną. Najbardziej bawiły mnie doświadczenia. Od fosforu i nadchloranu potasu mam do dziś jeden cieńszy palec, bo mi się palił… (śmiech). Jednak moja prawdziwa przygoda z przyrodą rozpoczęła się, kiedy obejrzałem i przeczytałem Wyspę kormoranów –  książkę Włodzimierza Puchalskiego.

R: Biologia, chemia, ale w końcu film?

J: Filmowanie natury dawało podwójne możliwości. Z jednej strony przyroda, w której byłem rozkochany, natomiast z drugiej – możliwość włączenia do tego wszystkiego własnego pierwiastka. To, że taka szansa istnieje, rozumiałem od początku. Jednak dużo czasu mi zajęło, zanim potrafiłem coś od siebie dodać. Najważniejsza jest jednak chęć szczera, czy jak kto woli – pasja! A od tego jak głęboka i prawdziwa jest ta chęć, zależy właściwie całe Twoje życie.

R: Czy to właśnie pasja Was połączyła? Jak się właściwie poznaliście?

J: No twarzą w twarz! (śmiech). Decyzja, aby być razem, była natychmiastowa, bo tak nam w duszy grało i już! Ale jeśli chodzi o fotografię, czy film, to nie było już tak prosto.

R: Od początku mieszkaliście w Białowieży?

J: Rzucało nas w 7 lub 8 miejsc, zanim osiedliśmy się właśnie tutaj. Między innymi mieszkaliśmy w Siedlcach, gdzie pracowałem jako nauczyciel akademicki w Wyższej Szkole Rolniczo-Pedagogicznej. W tym czasie mój szef naciskał mnie, bym rozwijał się naukowo i robił doktorat. Moim promotorem została pani docent Pola Wertowa z Uniwersytetu Łódzkiego z Wydziału Filologii, z Zakładu Filmoznawstwa. A temat spod serca mógł być tylko jeden: Włodzimierz Puchalski, życie i dzieło, fenomen twórczy. Nie wiedział mój szef, co czyni, bo od tamtej pory (1986 r.!) przez cały czas siedzę nad moją niedoszłą rozprawą doktorską. Obiecałem Alanie Puchalskiej, drugiej żonie Puchalskiego, że zrobię film i książkę – taką popularną formę monografii. To pierwsze zrobiłem: półgodzinny film Puchalszczyzna ukazał się w 1996 roku, natomiast książka, ze względu na wieloletnie projekty filmowe, odwleka się w czasie. Tymczasem, gdy skończyliśmy Sagę prastarej puszczy, przysiadłem z powrotem do pisania książki. Niestety, konieczność zachowania olbrzymiej precyzji sprawia, że nie mogę tego skończyć i wyjść z pisarskiego dołka. To będzie duża cegła - 800-900 stron i 2000 fotografii. Będzie składała się z dwóch części. Pierwsza to precyzyjna biografia Włodzimierza Puchalskiego, natomiast druga będzie dotyczyła jego twórczości. Pisanie tej książki to moja pasja, ale też swoisty obłęd. Dlatego wyglądam tak, jak wyglądam (śmiech). Z drugiej strony nie ma nic za darmo. Jeżeli to ma być istotne, to trzeba do tego przysiąść.

Cezary: A znałeś Puchalskiego?

J: Z Włodzimierzem Puchalskim wymieniliśmy po jednym liście. Tyle go znałem. Z różnych względów, właśnie dzięki Włodzimierzowi Puchalskiemu  pojawiła się w moim życiu możliwość pracy w filmie.

R: Pierwsze filmy?

J: Symbioza? – kręcony nad Bugiem i Błotniak popielaty. Natomiast pierwszy raz wylądowałem za kamerą nagrywając Zwierzyniec – program dla dzieci z Michałem Sumińskim. Tak się zaczęła nasza współpraca z telewizją. I tak trafiliśmy, właśnie przez Zwierzyniec, nad Biebrzę, do Stójki, do państwa Zienkiewiczów. Były to lata 80-te. Potem zamarzył nam się film o Biebrzy i powstała Dolina nieujarzmionej rzeki. Film powstał w ciągu jednego roku – od wiosny do jesieni. Dzisiaj nie miałbym takiej odwagi, aby zrobić film w tak krótkim czasie. Byłoby to bardzo ryzykowne.

Teraz, w ciągu dwóch lat, na zlecenie BbPN realizujemy nad Górną Biebrzą film W trosce o bagna. To wyjątkowe wyzwanie, w które i pracownicy Parku i my wkładamy duży wysiłek, aby powstała przyrodnicza perełka. Jednocześnie realizujemy w BbPN dwa  nasze własne projekty filmowe – Wielka Woda, Dzikie Bagna. Będzie to zupełnie inne spojrzenie na przyrodę. Filmy będą bardzo emocjonalne, z minimalną ilością tekstów. Taka poezja przyrody.

R: Poezja przyrody…  zdradzicie coś więcej?

J: Nie bardzo możemy, bo wówczas wylejemy przysłowiowe dziecko z kąpielą,  przez co widz może zostać pozbawiony świeżego, dziewiczego spojrzenia na obraz. Znajdą się tam zwolnione zdjęcia o ogromnej zwiewności i piękna muzyka komponowana przez Michała Lorenca. Filmy będą bardzo muzyczne.

R: Filmy artystyczne?

J: Nie chcemy kreować się na artystów. Najważniejsze jest dobre rzemiosło. Ale jeżeli widz zauważy coś więcej, to pięknie! Do tej pory intuicja nas nie zawodziła. Podobnie podeszliśmy do filmu Tętno pierwotnej puszczy. Film został oparty na bardzo dokładnym scenariuszu – pierwotnym założeniu. Nie był więc kompilacją tego, co udało się nakręcić. Później robiliśmy naszą życiową robotę Sagę prastarej puszczy. Podczas jej kręcenia szukaliśmy nowego sposobu wypowiedzi. Chodziło nam o to, aby pokazać własny charakter pisma i dlatego wymyśliliśmy sobie przyrodniczy film fabularny jako nasz sposób wyrazu.

Bożena: W tym czasie założyliśmy hodowlę dzikich zwierząt, kupiliśmy dużą działkę, na której wybudowaliśmy dla nich wybiegi.

R: Na potrzeby filmu hodowaliście dzikie zwierzęta?

B: Tak. Te wszystkie bliskie sceny nie mogły być zrealizowane w inny sposób. Był to dla nas szalenie duży wysiłek.

J: Mieliśmy swój plan, ale wolność kosztuje. Po zmianie władzy w telewizji, komuś nie podobało się, że w filmie jest również krew i pokazywane są uczucia zwierząt. Poza tym bohaterowie Sagi…, w zetknięciu z człowiekiem, za każdym razem przegrywają, obnażając jednocześnie prymitywny stosunek ludzi wobec przyrody. W związku z tym na pół roku musieliśmy przerwać zdjęcia. Zupełnie nie wiedzieliśmy, co mamy robić. A mieliśmy u siebie w tym czasie jedenaście wilków.

B: No tak… i jeszcze bobry. To wszystko chodziło na 24 fajerki!

R: Ale jak można mieć swoje bobry?

J: Wybudowaliśmy żeremie i wykopaliśmy stawy.

B: Kuleczka urodziła się w naszym domku bobrowym. Zaraz po porodzie matka ją odrzuciła i pozwoliła po prostu odpłynąć. Mieliśmy zainstalowane kamery na podczerwień, więc wszystko mogliśmy obserwować. Ostatecznie zabraliśmy Kuleczkę, ratując ją w ostatniej chwili. Początkowo zupełnie nie wiedzieliśmy co robić. Wszędzie szukaliśmy pomocy, informacji w Internecie, w książkach. Amerykanie mieli nam przysłać specjalną mieszankę, ale dopiero po dwóch tygodniach, a trzeba było działać natychmiast. Eureką okazało się kozie mleko! Później dowiedzieliśmy o mączce amarantusowej, która jest polecana dla diabetyków. No i te banany. Kuleczka jadła je, dopóki nie przeszła na dietę roślinną. Na zdjęcia była noszona na rękach i mieszkała razem z nami w domu. Nie ona jedna! W tym samym czasie mieszkała z nami również rysica i kuna. Jedno spało w salonie, a drugie w sypialni dla gości. Tam też były karmione, tulone. Śpiewałam im nawet piosenki. Największą rozrabiarą była kuna. Gdy bóbr – Kuleczka wychodziła na spacer (bo miała tutaj swój kojec i basen do kąpieli, i schodki po których wchodziła), to kuna zaczynała ją ganiać i podgryzać w ogon. Bóbr uciekał do basenu, za nim kuna, a za nią rysica. No i był jeszcze mały dzik – Kuba

J:Prawda jest taka, że w pewnym momencie mieliśmy dużą zwierzęcą rodzinę. Musieliśmy to wszystko sami wychować, odchować i przyswoić do siebie, włącznie z wilkami. Chodziliśmy z nimi w teren, bo przecież robiliśmy zdjęcia w naturze. Był to ogromny wysiłek. Nie mniej ważna była odpowiedzialność. Bo skoro włożyliśmy już tyle energii w wychowanie zwierząt, to zdjęcia musieliśmy zrobić co najmniej dobre.

R: Czy zabraliście tym zwierzętom możliwość życia w naturalnych warunkach?

B: Nie, to nie były zwierzęta z lasu. Jedynie Kuba był z lasu. Matka nie przeżyła i zostawiła dwa małe warchlaczki. Kuba zresztą trafił później do Was do Ośrodka Rehabilitacji Zwierząt na Grzędach.

C: Czy macie ten domowy materiał nagrany?

J: Tak. Miał powstać 11 odcinek Sagi…, ale zabrakło pieniędzy. Nikt się tym nie interesował.

Ale nie o to chodziło. Robiliśmy to, aby film miał inną formę. Chcieliśmy położyć nowy kamyk do ogródka filmu przyrodniczego. Chodziło nam też o to, żeby poprzez emocje i przyrodę odkryć najgłębiej skrywane i niedoceniane rejony ludzkiej duszy, te pokrewne duszy zwierzęcej. Czyli odkryć nie przyrodę, ale coś w nas samych, właśnie dzięki przyrodzie. Przez uczucia można bardzo dużo powiedzieć. To nie znaczy, że ma być tyko łzawie i ckliwie. Chcemy, aby po obejrzeniu filmu w widzach pozostał niedosyt i chęć dalszej eksploracji przyrody, a w konsekwencji prawdziwe zrozumienie dla niej. Ale ważniejszą i niezwykle piękną rzeczą według mnie, jest jeszcze coś innego. Kiedy widz podczas oglądania filmu (najlepiej już od jego pierwszych minut) trwa w przemyśleniach, a w zetknięciu z historiami przedstawionymi w filmie, odkrywa własne życie.

R: Jak kręciliście sceny zabicia wilków podczas polowania?

J: Są takie sposoby, dzięki którym można nauczyć wilki tarzania się i udawania konania. Na zwolnionych zdjęciach, w zderzeniu z dźwiękiem, daje to efekt umierającego wilka. I to jest ta cała, nazwijmy to kuchnia, która nas niezwykle fascynuje. Warto dodać, że wszystko robimy zupełnie sami. Mamy montażownię, dziuplę dźwiękową, mamy studio do robienia zdjęć mikro, makro, no i mamy doświadczenie. Planuję wydać książkę, w której opiszę wszystkie tajniki robienia Sagi...

R:  A czy nie zarzucano Wam, że do zrobienia filmu o dzikiej przyrodzie wykorzystywaliście zwierzęta oswojone?

J: Dlaczego zwierzę oswojone ma być gorsze od tego dzikiego? Przecież ono też ma swoją duszę i swoje ja. Naszą rzeczą jest, żeby umieć to wyłapać. Mieliśmy całe koncerty wilków sfilmowane u nas. W naturze jest to niesamowicie trudne do zrealizowania. Podobnie ma się sprawa z wilczą norą i wilczętami. Zazwyczaj znalezienie takiego miejsca to przypadek. Poza tym, co to za szczęście filmować przerażoną waderę z młodymi, która czuje obecność ludzi lub kamery ze sztucznym światłem włożonym do jej nory? A my zbudowaliśmy z kręgów betonowych sześciometrową przełazkę pod ziemią, na końcu której siedziałem i filmowałem Plamkę w norze. Wadera urodziła półtora metra ode mnie, a potem pozwalała mi dotykać swoje wilczęta!

R: A jak nakręciliście scenę, gdzie ryś trzyma w pysku sóweczkę?

J: To była martwa sóweczka znaleziona w lesie. A czy wg ciebie ta scena jest przekonywująca?

R: Bardzo. Choć jest smutna, to bardzo refleksyjna. Życie w tej scenie zatacza krąg.

J: No właśnie. Sóweczki też umierają. Jeśli ktoś umie szukać w naturze, to znajdzie. A my mamy taki zwyczaj, że zeskrobujemy wszystko z asfaltu, co się na nim znajdzie. Zabieramy to później do samochodu i czasami zostawiamy na potrzeby kręcenia filmu. Podczas realizacji Sagi… mieliśmy całą lodówkę wypełnioną po brzegi przede wszystkim jedzeniem dla wilków, ale także obłożoną ofiarami wypadków samochodowych. Między innymi mieliśmy tam też sóweczkę.

C: A dlaczego wszyscy bohaterowie Sagi… to zwierzęta. Dlaczego nie ma chociażby Sagi… o obuwiku?

J: Saga... skończyła się dziesięcioma odcinkami. Na początku miało być ich czternaście. Bohaterami niezrealizowanych odcinków mieli być właśnie przedstawiciele pozostałych królestw. Z grzybów miała być historia opieńki. Miał być też szerszeń. Z roślin miał być z kolei dąb. Mieliśmy przedstawić jego cofniętą historię: od sędziwego drzewa do żołędzi. Razem z historią dębu chcieliśmy pokazać trochę historii Polski. Ostatnim bohaterem miał być czosnek niedźwiedzi.

R: A jaki jest u Was podział ról podczas pracy nad filmem?

B: Kobieta zazwyczaj jest na drugim miejscu. W naszym przypadku to Jasiek ma talent, a ja jestem jego asystentem. Nie ma co ukrywać, że Jasiek jest mózgiem.

R: A kobieca wrażliwość, intuicja. Przydają się?

B: Ależ oczywiście, bezwzględnie. Widać to szczególnie, gdy piszemy komentarze do filmu. Jasiek wtedy jest konkretny i chce zawrzeć jak najwięcej rzeczowych informacji. Ja natomiast wszystko ocieplam, zmiękczam, staram się, aby to było podane w sposób przystępny dla widza. I cały czas mu powtarzam: uczucia, uczucia, uczucia… i na tym budujmy resztę.

R: Gdzie łatwiej się kręci filmy – nad Biebrzą, czy w Białowieży?

J: Wszędzie inaczej. Mało ludzi lubi filmować i fotografować las. Zauważyliśmy, że nawet wśród naszych znajomych fotografów większość utrzymuje, że woli fotografować otwarte przestrzenie.

B: Bo jest łatwiej. Puszczę fotografować jest trudniej.

J: Gdy się siedzi w klaustrofobii lasu, to płodozmian pt. rozległe przestrzenie biebrzańskie, chętnie przyjmuję. O to właśnie chodzi, by czasem kontrastować sobie życie. Ale nawet sama Biebrza ma tysiąc twarzy.

C:  A ulubione miejsce nad Biebrzą?

J: Pierwsze wrażenia rodziły się gdzieś na Ławkach, na Długiej Luce. Ale piękne są też Grzędy, rejony Nowego Świata, Orli Grąd, czy Brzeziny Kapickie. Z kolei Lipsk i tamtejsze mechowiska siedzą mi w głowie od dawna. Do pewnego czasu Zajki również były takim miejscem… Pamiętam także naszą wyprawę na Kiermus, na obuwiki. Piękne rośliny… Mają ciekawe historie z rozmnażaniem i zapylaniem. Chyba zaczniemy zbierać materiały do filmu o botanice biebrzańskiej. Ciekawy temat – to mnie kręci…

Dziękuję za rozmowę.

CYTAT. Tekst zBiebrzańskich Wieści, nr 16 2014 r.