Ładowanie


Wywiad prasowy: Zadurzeni w puszczy
Tygodnik Siedlecki, 11.04.1999 r.



CYTAT. Fragment nieautoryzowanego artykułu – Agnieszka Kwiecień: Zadurzeni w puszczy. Źródło: Tygodnik Siedlecki, 11.04.1999 r. 

CYTAT. C. d. artykułu – Agnieszka Kwiecień: Zadurzeni w puszczy. Źródło: Tygodnik Siedlecki, 11.04.1999 r. 

 



Zadurzeni w puszczy

Film Ostatnia puszcza autorstwa Jana i Bożeny Walencików zdobył w tym roku główną nagrodę na Festiwalu Filmów Przyrodniczych w Szanghaju. W 1998 roku na Festiwalu Filmów Przyrodniczych im. W. Puchalskiego w Łodzi otrzymali za drugi odcinek Tętna Pierwotniej Puszczy Grand Prix, I nagrodę za najlepszy dźwięk oraz nagrodę Janusza Czecza za najlepsze zdjęcia. Ich przygoda z filmem zaczęła się siedemnaście lat temu w Siedlcach...

Do Domu Myśliwskiego trafić niełatwo, choć położony w centrum białowieskiej polany. Ginie wśród monumentalnych świerków i majestatycznych dębów, które rozkładają ramiona w czterech kierunkach świata. I choć wiosna pojawia się tutaj z miesięcznym opóźnieniem, Walencikowie czują ją pod skórą dużo wcześniej.

Dla Białowieży opuścili wygodne mieszkanie w Mordach, gdzie wracają tylko na święta. Puszcza stała się ich domem - na dobre i na złe. Las ich przystanią, bo przyroda – jak mawiają – przyjmie każdego, kto się w niej zadurzy bez reszty. Za tę wzajemność odpłaca się w dwójnasób. Po pierwsze, daje się poznać i po trosze oswoić, po drugie – uczy pokory, bez której nie sposób dogadać się z lasem.

– Dla nas pierwszy dzień wiosny to tylko data. Wiosna w naszym zawodzie zaczyna się już jesienią, kiedy zakładamy hodowlę roślin, które powinny rozwinąć się w marcu. Jeśli tego nie uczynimy, na ten efekt musimy czekać cały następny rok – opowiada Jan Walencik.

– Wiosna w Białowieży to eksplozja zieleni – wtrąca pani Bożena, która o zielonych obietnicach pomyślniejszej pory roku potrafi mówić bez końca.

– Tu się coś niebieszczy, tam różowi, a za oknem upomina się o pamięć nasz znajomy dzięcioł, nazywany wstydliwym. Kiedy o świcie otwieram balkon, śpiew ptaków jest nie do wytrzymania. Często wykorzystuję te chwile na nagrywanie ich odgłosów – wyjaśnia.

TĘTNO PIERWOTNEJ PUSZCZY

Autorzy kilkudziesięciu filmów przyrodniczych, w tym znakomitego kilkakrotnie nagradzanego serialu Tętno pierwotnej puszczy oraz Żyjąca Europa, w Białowieży mieszkają od ośmiu lat. Ich przygoda z filmem zaczęła się jeszcze w Siedlcach, gdzie pracowali w Wyższej Szkole Rolniczo-Pedagogicznej. A właściwie to dużo wcześniej i – jak każda pasja – kiełkowała powoli i niepostrzeżenie. Pan Jan od dzieciństwa lubił słuchać odgłosów lasu. Pochodzi z Kazimierza Dolnego, gdzie o sąsiedztwo z przyrodą nietrudno. Mieszkając w Mordach, rodzinnej miejscowości żony, często na rowerze wyprawiał się w zieloną ciszę, taszcząc na plecach kilogramy sprzętu fotograficznego. Miejscowi dziwili się, patrzyli z uśmieszkiem trochę naiwnym, trochę nagannym, kiedy raniutko pomykał w stronę stawów. Potem tą pasją zaraził panią Bożenę, która w Siedlcach pracowała najpierw w Ośrodku Sportu i Rekreacji, potem również na uczelni. Dzisiaj jest fachowcem od dźwięku. To dzięki niej, oglądając filmy o Białowieży, mamy wrażenie namacalnego obcowania z puszczą. Ich pierwsze filmy powstawały w latach 80. w czterech maleńkich ścianach siedleckiego hotelu asystenckiego przy ul. Żytniej.

– Pracowałem wówczas w Zakładzie Obsługi Badań Naukowych i Dydaktyki, a moim szefem był pan Stefan Skulimowski – pan Jan powraca do przeszłości. – Na początku filmy te poświęcone były przyrodzie okolic Siedlec czy też Mordów. To właśnie w tych rejonach dokonywaliśmy pierwszych mini odkryć botanicznych. Decyzję o przeniesieniu się do Białowieży podjęliśmy z powodów prozaicznych. Uczelnia nie zgodziła się bowiem na zamianę naszego mieszkania w Mordach na Siedlce. W tym czasie rozpoczęliśmy też współpracę z telewizyjnym Zwierzyńcem i na dobre poświęciliśmy się telewizji.

PRZYRODA JEST CUDEM

– Białowieża jest Mekką polskiej przyrody. Staramy się więc ją promować i upowszechniać w świecie. Tak mało ludzi zdaje sobie sprawę z tego, że jesteśmy w centrum lasu, jakiego nie ma już w Europie. To jest ostatnia pozostałość niżowych lasów europejskich, jakich nie spotkamy od Londynu po Moskwę. Nie potrafimy docenić tego, co mamy pod nosem. Dopiero z dystansu, z pewnej odległości zaczyna się za tym tęsknić. Tak samo jest z puszczą. Zwiedziliśmy mnóstwo lasów na świecie, ale takiego, jak tutaj, nie ma nigdzie – twierdzą autorzy Tajemnic kwiatów.

– Cała przyroda jest cudem – przekonuje Jan Walencik. – Niech pani pomyśli, czy to nie cud, że ze zwykłego maleńkiego nasionka wyrasta 48-metrowa sosna? –  pyta retorycznie, rzucając spojrzenie za drzewa za oknem. Widok z piętra Domu Myśliwskiego, w którym obecnie mieszkają, to namiastka puszczy.

Pracują we troje. Pan Jan kręci zdjęcia, pani Bożena nagrywa dźwięk, a ich asystent, Krzysztof Komar, pilnuje, żeby nie było przykrych niespodzianek. Wyprawy w głąb puszczy wymagają nie tylko ogromnej sprawności fizycznej, ale też wytrzymałości psychiki i hartu ducha. Niejednokrotnie bowiem zdarzało się, że samochód grzązł w wiosennych roztopach i trzeba było iść piechotą, dźwigając ciężki sprzęt. Najgorzej jest w porze dojrzałego lasu, kiedy dokuczają komary albo kleszcze. Ale to nie przeszkadza, żeby usiąść gdzieś pod dębem i na czystej, wyprasowanej serwecie zjeść porządne śniadanie. Porozmawiać. Zanucić ulubioną piosenkę. Często wracali do domu o świcie, głodni, wyczerpani, senni. Wtedy nie ma się siły na kontemplację przyrody. Ale potem, gdy oglądają nakręcony przez siebie film, widzą tę przyrodę jakby po raz pierwszy i wzruszają się tak samo jak się trzeba wzruszyć za pierwszym razem. Cieszy ich widok gniazda, w którym pojawiły się nowo narodzone, nieowłosione mysie maleństwa. Porusza rodzina dzików, głosząca pochwałę życia lasu i wolnej miłości...

TRYUMF ŻYCIA

– Przyroda jest nieobliczalna, dlatego musimy działać ze scenariuszem w ręku. Wszystko, co robimy w związku z nowym filmem, staramy się dużo wcześniej zaplanować. Nasz spryt polega na tym, że musimy wiedzieć, które nieprzewidziane sytuacje w przyrodzie można będzie szybko zastąpić, przy czym nie może być mowy o jakiejkolwiek mistyfikacji – mówi Jan Walencik.

Swoje filmy określają jako dynamiczne. I tak się je ogląda. Przyroda w filmach Walencików jest żywiołowa i tryumfująca. Trzeba mistrzostwa technicznego i wrażliwego serca, by pokazać, jak dramatycznie przebiega proces kiełkowania nasion, który z pozoru wydaje się bezbolesny i najzwyczajniejszy w świecie. Dlaczego, oglądając na telewizyjnym ekranie walkę muchy uwięzionej w pajęczynie, potrafimy wybaczyć przyrodzie śmierć owada?

– Śmierć jest wpisana w puszczę, bez niej nic nowego by nie powstało. Tak samo jak z piorunem, który powali drzewo, ale na jego miejscu pojawi się nowe, może jeszcze silniejsze... – uzasadnia pani Bożena.

– Podczas kręcenia filmu zdarzają się jednak sytuacje niezaplanowane, podane przez przyrodę – jak mówi pan Jan na talerzu. Ot, choćby maleńki gryzoń koszatka, która w pewnym momencie zainteresowała się muchami krążącymi nad sromotnikiem. – Akurat przytomnie sfilmowaliśmy to polowanie na muchy – chwali się Jan Walencik. – Trzeba mieć cały czas oczy otwarte. Nawet podczas niewinnych spacerów, które służą głównie zrzuceniu kilogramów, także jesteśmy wywiadowcami. Ciągle podpatrujemy, podświadomie obserwujemy, co akurat ciekawego dzieje się w przyrodzie. To właśnie niecierpliwość jest motorem naszej roboty.

Na rozrywki ani na wakacje nie starcza im czasu. Święta starają się spędzać w Mordach z synem, który – czego oboje żałują – nie poszedł w ich ślady. Pani Bożena, kiedy tylko znajdzie odrobinę wolnych chwil, chwyta za igłę i haftuje krzyżykami. Nad jej biurkiem wisi maleńki obrazek z wyhaftowaną myszką-smużką, uczepioną leszczynowej gałązki. To ta sama, którą oswoiła podczas kręcenia Tętna pierwotnej puszczy. Towarzyszyła jej każdego dnia, znajdując przytulną kryjówkę w kieszeni jej kurtki.

Pan Jan, z pozoru twardy mężczyzna, też się przyznaje do subtelnego hobby. Po ojcu odziedziczył talent do rzeźbienia, a także znakomity słuch. Kiedyś z upodobaniem grał na perkusji. Oboje jednak tęsknią za ciszą. W nocy wychodzą na balkon, żeby popatrzeć na gwiazdy i na księżyc biały jak opal, w którego świetle zaczyna się nocne życie puszczy.

AGNIESZKA KWIECIEŃ

 CYTAT. Nieautoryzowany tekst zTygodnika Siedleckiego,  11.04.1999 r.