Ładowanie


Wywiad prasowy: Żubr we własnej osobie 
Dziennik Polski, 02.10.2001 r.



Cytat. Wywiad – Piotr i Wojciech Węcławowie: Żubr we własnej osobie. Źródło: Dziennik Polski, 02.10.2001 r.

 

 

Żubr we własnej osobie

Jan Walencik, fotograf przyrody, w rozmowie z Piotrem i Wojciechem Węcławami opowiada o swoim widzeniu natury

 

– Co jest największą inspiracją Pańskiej pracy? Twórczość Włodzimierza Puchalskiego?

– Generalnie tak. To on mnie zaraził tym bakcylem, jak sam pisał, fotografii. W jednym z jego nie opublikowanych tekstów jest zdanie: To rzecz piękna, to coś wspaniałego, móc tę fotografię schować do szuflady, a potem pokazywać sobie i najbliższym. Myślę, że się mylił. Dziś trzeba by powiedzieć inaczej – nie tylko sobie i najbliższym, ale wszystkim tym, którzy tego nie widzą.

– Nieraz słyszy się, że ktoś jest uczniem Puchalskiego. Jak Pan się czuje w tradycji bezkrwawego łowcy?

– Kiedyś przeżyłem swego rodzaju wojnę następców Puchalskiego. Pisałem wtedy rozprawę na jego temat. Pamiętam, że wysłałem do wielu fotografujących przyrodę listy z prośbą o podzielenie się wspomnieniami o Włodzimierzu Puchalskim oraz wyjaśnienie ich poglądów na różne zagadnienia związane z fotografią przyrodniczą. I był to rodzaj licytacji. Ktoś odpisał, że to on jest następcą Włodzimierza Puchalskiego, ktoś inny – nie, to ja jestem itd. Pomyślałem sobie wtedy, co ja robię w tym towarzystwie? Też chciałem, też myślałem, że to ja jestem ten kolejny. I w tym momencie jakaś światłość na mnie spłynęła. Przecież każdy się rodzi jako tabula rasa i ma prawo do samostanowienia. Pokaż, bracie, swój pazur, swój ząb, pokaż, na co cię stać. Owszem, można czerpać z czyjejś twórczości, ale nie naśladować, skoro ten ktoś już nie żyje i jego twórczość jest zamknięta. To wysoce nieetyczne i absolutnie nietwórcze.

Jeśli chodzi o Włodzimierza Puchalskiego, to ani nie mienię się, ani nie czuję jego następcą. Jestem natomiast mu głęboko wdzięczny za to, że mnie tak mocno zainfekował. Nie tylko mnie. Dałem temu wyraz w filmie Puchalszczyzna, mówiąc, że właściwie najważniejsze, co Puchalski zrobił to, że wśród pokoleń Polaków zasiał ziarna wielkiej skłonności do fotografowania przyrody, do podglądania jej, wreszcie do kontaktu z nią. Zrobił robotę, o której może nawet nie marzył, z której do końca nie zdawał sobie sprawy.

– W czym Pana twórczość różni się od tego, co robił Puchalski?

– Dziś mamy inne czasy, inne potrzeby i inne możliwości. Sam sposób fotografowania jest inny. Od lat 30. po połowę 60. Puchalski sprawdzał się znakomicie, był pionierem i to, co robił, było zgodne z oczekiwaniami publiczności. W historii filmu czy fotografii przyrodniczej można wyznaczyć kilka etapów. Pierwszy to okres pokazywania, co to w ogóle jest przyroda, zachwycanie się. Cokolwiek się wówczas sfotografowało, było interesujące. Drugi etap, lata 60. i 70., to szukanie odpowiedzi na pytanie, jak przyroda funkcjonuje – wyjaśnianie nie tylko mechanizmów ekologicznych, ale także działania organizmów, całych zespołów organizmów. Dzisiaj to wszystko już wiemy. Mamy przekonanie, że jesteśmy mądrzy, że wszystko już zostało o przyrodzie powiedziane. Teraz, moim zdaniem, jest czas na następny etap. Nie powiem, jaki, bo spaliłbym tajemnicę tego, co robimy. Dopiero za sześć lat będzie gotowa seria o Puszczy Białowieskiej, piętnaście filmów. Chcemy na nią spojrzeć inaczej.

– Nauki ekologiczne niejako modyfikują sposób robienia filmów o przyrodzie.

– Do pewnego stopnia. Ekologiczne podejście do przyrody jest chyba najbardziej naturalne.

– W Pańskich filmach biorą udział hodowane przez Pana zwierzęta. Czy nie jest to element, który najbardziej odróżnia Pańską pracę od tradycyjnych filmów przyrodniczych?

– Tu chodzi o nowy sposób wyrażania się o przyrodzie. Do tego potrzebujemy różnych gatunków zwierząt. Chronionych, bo prawie wszystkie są pod ochroną, ale po to, żeby móc je oglądać rzeczywiście z bliska. To karkołomne zadanie, bo przecież to zwierzę jest obarczone jakimś kontaktem z człowiekiem i może zachowywać się niezupełnie naturalne. Puchalski też robił takie rzeczy, tyle że korzystał z hodowli zamkniętych. Sfotografowanie, powiedzmy, łosia w bagiennym środowisku, które akurat jest szczęśliwie zorganizowane w jakiejś zagrodzie, nie przedstawia większych trudności. Ale to jedno zdjęcie, jedna klatka. Później je pokazujemy i mówimy, jak to w przyrodzie jest. Tymczasem to jest stamtąd, z tej zagrody.

Nam chodzi o coś innego, przede wszystkim o zachowania, o coś w rodzaju renaturalizacji tych zachowań; o to, żeby z tymi zwierzętami żyć i z nimi być. Za czasów Puchalskiego przyroda była daleko bardziej dziewicza. Masę rzadkich dziś zwierząt znajdowało się w zasięgu jego ręki. Na jego i na naszych oczach zdegradowano ich ilość i dlatego dzisiaj musimy się uciekać do trochę innych metod. Myślę, że praca z wilkiem oswojonym to też wyzwanie.

– Nie uważa Pan, że aby dziś inaczej fotografować przyrodę, potrzebna jest dużo większa niż dawniej wiedza biologiczna?

– Bezwzględnie. Jeżeli ktoś jest dyletantem, jeśli ktoś od teraz chciałby zaczynać, byłoby mu trudno.

– Co Pan sądzi o tradycji Disneyowskiej, która zakłada wykorzystywanie zwierząt w celach fabularnych?

– Dziś doszliśmy do takiego stanu, że nie jest już dyshonorem porównywać się do Disneya. Filmy Disneya nazwałbym fabularnymi filmami przyrodniczymi. Jesteśmy już mocno zmęczeni oczywistym charakterem filmów przyrodniczych, których jest mnóstwo. Wystarczy włączyć w telewizji Discovery czy Animal Planet albo National Geographic. Te filmy, robione z pozycji mądrego człowieka, są wszystkie na jedno kopyto. Przecież my wiemy, jak wilk kopuluje. My wszystko wiemy!

Otóż nieprawda. My nie czujemy, co tam siedzi w tym zwierzęciu. Trzeba więcej pokory w patrzeniu na przyrodę i właśnie temu celowi ma służyć nasza praca. W odróżnieniu od Disneya, nie będzie to fabularny film przyrodniczy, ale przyrodniczy film fabularny. To oznacza, że fabuła jest na usługach przyrody, a nie odwrotnie. Chcemy sfabularyzować losy różnych osobników, różnych bohaterów (niekoniecznie zwierząt, także roślin), poprowadzić je z premedytacją od A do Z, nawet z nieciekawym końcem, ale tak jak to się dzieje w przyrodzie. To będzie próba oddania atmosfery, emocji, stanów, jakie towarzyszą temu bohaterowi.

– Czy ludzie biorą udział w tych filmach?

– Tak, ale wyłącznie jako tło.

– A rzecz będzie się działa w Puszczy Białowiejskiej?

– Generalnie tak. Robocza nazwa brzmi Saga prastarej puszczy. Frajdą tej pracy jest fakt, że właściwie wyważamy zamknięte wciąż drzwi. To, że inni hodowali na przykład wilki, nie znaczy, że już wszystko o nich wiadomo.

– Jak trafiają do Pana zwierzęta?

– Na sześć lat mamy pozwolenie od ministra środowiska i od naczelnego konserwatora przyrody na hodowlę różnych gatunków zwierząt chronionych. Te zwierzęta generalnie nie pochodzą ze stanu wolnego, tylko z innych hodowli czy ośrodków rehabilitacji. Choć nie zawsze. Mamy na przykład pozwolenie na pobranie siedmiu czy ośmiu żab rzekotek z puszczy. A tu rzekotki robią numer i do naszego stawu przychodzą same. Oprócz tego mamy specjalne pozwolenie na filmowanie i fotografowanie zwierząt chronionych. Dawniej prawo było takie, że bociana, który by się gnieździł na dachu mojego domu, mógłbym fotografować dopiero po otrzymaniu pozwolenia od ministra.

– Nie mieliście nigdy Państwo problemów z tzw. obrońcami przyrody, dla których hodowanie jakichkolwiek dzikich zwierząt to zbrodnia?

– Myślę, że ci ludzie powinni włożyć się do sterylnej torebki i nie hodować tego, co mają na sobie. To jest uszczypliwe, co mówię, ale gdzieś istnieje przecież zdrowy rozsądek. Argument o pozostawieniu zwierząt w spokoju nie ma zastosowania. Ich po prostu nie można zostawić w spokoju, one są skazane na człowieka. Renaturalizacja w wielu przypadkach nie wchodzi w grę.

– Skoro przyroda jest skazana na człowieka, to czy jest on dla niej intruzem?

– Człowiek jest elementem przyrody. Zawsze. Możemy pięknie powiedzieć partnerem, jeśli człowiek zachowuje umiar i rozsądek, ale nie znam takiego przypadku. Nie jesteśmy na tyle powściągliwi, żebyśmy umieli żyć z przyrodą tak, jak ona by sobie tego życzyła. Dotyka pan materii, która w ostatnim czasie jest mi bliska. Nasza seria filmów o puszczy będzie w pewnym sensie refleksją. Nie chcemy dawać absolutnych odpowiedzi, formułować żadnych pewników. Raczej będziemy z pozycji narratora pytali, jak my, ludzie, zachowywalibyśmy się w pewnych sytuacjach – po to, aby obserwować przyrodę z jej punktu widzenia. To frapujące wzywanie.

Wszystko, co chcemy wyrazić, my ludzie, jest skalane antropomorfizmem, bo mamy określony sposób przedstawiania swoich myśli. Na przykład kwestia muzyki. Można by ją wyłączyć z filmu, ale jednak buduje ona nastrój. Muzyki jako takiej, w ludzkim rozumieniu, w przyrodzie nie ma. Mało tego, uważam, że nie ma zwierząt ani roślin w przyrodzie. Są osoby. Ktoś już kiedyś powiedział, że nie jest ważne dla przyrody to, co my o niej myślimy. Jakie znaczenie ma dla żubra, który gdzieś tutaj chodzi, że ktoś go nazwał J-23? Dla niego nawet nie jest ważne, że jest żubrem. On się nie nazywa żubr, on po prostu jest. Dla niego wilk nie będzie wilkiem, tylko zagrożeniem.

– Uważa Pan zatem, że kręcenie filmów przyrodniczych, w których pojawiają się tylko całkiem dzikie zwierzęta, jest już przeszłością?

– Myślę, że tak. Ustanawiam honorową nagrodę, jeśli znajdziecie choć jednego filmowca, który filmował przyrodę, a który nigdy nie posilił się zwierzętami w jakiś sposób dotkniętymi ręką człowieka. Obawiam się, że nikogo takiego nie znajdziecie.

– Dla wielu kręcenie filmów przyrodniczych jest połączeniem sztuki z nauką ścisłą. A dla Pana?

– W jakimś sensie. Wiele razy mówiono, że zawód operatora łączy w sobie dziedzinę artystyczną i techniczną. Kamera jest narzędziem, a obraz, który w niej powstaje, tworzywem. Ludzie lubią – mówiąc trywialnie – oglądać filmy przyrodnicze. Zwłaszcza nowe. Albo, powiedzmy, tradycyjne, które zdały kiedyś egzamin. Filmy Davida Attenborough są oczekiwane, ponieważ kojarzą się z pewną klasą. Zresztą dla mnie BBC w Bristolu jest miejscem numer jeden. Dopiero potem National Geographic, bo jednak amerykański sposób widzenia świata jest bardziej dynamiczny. Dla mnie amerykańskie filmy przyrodnicze robione są w stylu Stawka większa niż życie. Dziś Amerykanie od tego odchodzą.

– Czy są konkretne gatunki zwierząt albo roślin, a może jakieś procesy w przyrodzie, które szczególnie Pana interesują?

– Mnie pociąga sama puszcza. Właśnie jako jeden organizm. Ciekawe jest objęcie funkcjonowania tego organizmu w czasie, czego wyraz daliśmy w serii filmowej Tętno pierwotnej puszczy. Pytaliśmy tam, czy to nie marnotrawstwo ze strony natury, że cały garnitur liści, układany wiosną, trwa przez trzy, cztery miesiące, a potem ginie. Ja wiem, że ruch jest motorem wszystkiego, tylko po co ten ruch? Dlaczego nie w cyklach pięcioletnich nakładać te liście? Byłoby taniej. No cóż, Polak zawsze szuka innego rozwiązania.

– Pytanie „dlaczego?” jest jednak podstawą funkcjonowania nauki.

– W tym widzę jej naturalność. Na przykład fotosynteza. Kto się wzniósł wielokrotnie na śmigłowcu, balonie czy samolocie pół kilometra ponad Puszczę Białowieską, mógł zobaczyć, że jest rzeczą wręcz nie do ogarnięcia, jaką powierzchnię fotosyntetyczną stanowią wszystkie liście tego lasu. Myśleć powinni o tym decydenci albo ci, którzy kroją te lasy. Nie chcę być absolutnie przewrażliwiony na punkcie przyrody, bo uważam, że jest dużo egzaltacji wśród wielu osób, tzw. miłośników przyrody, którzy wyznają głupawe poglądy o ludzkim charakterze przyrody. Nieracjonalne, czysto emocjonalne spojrzenie typu: och, jakie kochane, jakie piękne są te zwierzątka, jak można je zabijać?, jest mi obce. Niestety – żeby żyły, trzeba je w części zabijać. Ja wcale nie jestem wysokim sądem, który wyrokuje, ale zdrowy rozsądek, zmysł obserwacyjny nakazuje mi tak interpretować pewne zjawiska. No bo jak inaczej? Proszę bardzo, niech się rozmnożą jakieś gatunki, tylko, co dalej?

U podstaw tego wszystkiego tkwi, niestety, człowiek. To my naruszyliśmy równowagę i teraz wszystko, co się dzieje, to nic innego tylko konsekwencja ludzkiego działania. Dziś ludzie pytają: – żubry czy las chcecie hodować? A jak było kiedyś? Przecież nie było leśnictwa. W naszej dzisiejszej pracy jak nigdy dotąd mamy przekonanie, że nie można widza epatować hasełkami i tanim agitowaniem, bo nie tędy droga. Chodzi o zaszczepianie emocji  – nie współczucia, ale przyjaźni do przyrody.

Jan  Walencik – twórca filmów, albumów i książek o tematyce przyrodniczej. Wraz z żoną Bożeną jest autorem 30 filmów (m.in. serii Tętno pierwotnej puszczy) wielokrotnie nagradzanych na festiwalach krajowych i zagranicznych. Od 1983 roku pracuje dla Telewizji Polskiej jako scenarzysta, operator i reżyser filmów przyrodniczych. Mieszka w Białowieży.

CYTAT. Tekst z Dziennika Polskiego,  02.10.2001 r.