Ładowanie


Artykuł prasowy: Z perspektywy bobra i rybitwy
Świat Młodych, 21.07.1992 r.




CYTAT. Fragment artykułu – Tomasz Kłosowski: Z perspektywy bobra i rybitwy. Źródło: Świat Młodych, 21.07.1992 r.

CYTAT. C. d. artykułu – Tomasz Kłosowski: Z perspektywy bobra i rybitwy. Źródło: Świat Młodych, 21.07.1992 r.

 

 

Z perspektywy bobra i rybitwy

Specjalne szyny, zamaskowane w leśnym runie, pozwalają na taką jazdę kamery, byśmy mieli złudzenie, że posuwamy się przez las jakimś miękkim lotem.

Widziałem wczoraj, jak przepiłował pan akwarium, a potem zaniósł je w trzciny i tam schował. O co chodzi? – pytam zdziwiony Jana Walencika, reżysera filmów przyrodniczych.

– Chcę w moim filmie pokazać, jak rybitwa białoskrzydła łowi pokarm. Niby to takie proste: zaobserwować, w którym miejscu zawisa nad wodą, ukryć się w pobliżu, poczekać. Ale ja chcę łowy rybitwy pokazać nietypowo: od strony wody. Jak gdyby z pozycji jej ofiar...

Jak to zrobi? Ano, ustawi przepiłowane akwarium nad zamaskowaną kamerą, wleje do niego nieco wody i nawpuszcza rozmaitych skorupiaków i larw, stanowiących pokarm rybitw. One, trzepocąc nad wodami, wypatrują tej zdobyczy i jak strzały spadają na nią z nieba. Sztuczna kałuża, zrobiona z przepiłowanego akwarium, pełna kłębiącego się pokarmu, może je przywabić, a ukryta pod dnem kamera pokaże rybitwę właśnie z pozycji jej ofiary.

Film przyrodniczy... Widujemy go często, mało przy tym zdając sobie sprawę, jak powstaje. O filmie fabularnym wiemy dużo więcej. Plan takiego filmu to zamknięte ulice, tłum ludzi, znani aktorzy, ruch. A w filmie przyrodniczym?

Odwiedziwszy plan filmowy, na którym pracują Bożena i Jan Walencikowie, od lat zajmujący się realizacją filmów przyrodniczych, przekonałem się, że tu wszystko wygląda inaczej. To znaczy – w ogóle nie wygląda, bo na pierwszy rzut oka nie dostrzegamy tu niczego poza samymi realizatorami. A i oni starają się być niewidoczni. Służy temu płócienna budka o barwach ochronnych, w których kryje się operator i kamera. Żadnych reflektorów, wózków wożących kamerę, megafonów. Owszem, i tu jest sporo rozmaitego sprzętu, ale zwykle pozostaje on starannie zamaskowany. Całymi godzinami cierpliwi realizatorzy i ich asystenci przemierzają kilometry łąk, mokradeł, trzcinowisk, zarośli i lasów w poszukiwaniu żywych obiektów zdjęć. Niejeden z tych obiektów robi wszystko, by sprzed kamery zniknąć. A mieć obiekt przed kamerą - to też jeszcze nie wszystko. Bywa, że wyszukanie np. odpowiedniej grupy kwitnących storczyków czy dobrze komponującego się z tłem puszczy zgryzu bobra na drzewie zajmuje cały dzień. Nie ma więc końca poszukiwaniom, tropieniu i podchodom. A jednak nie one są dziś najważniejsze w pracy państwa Walencików.

Film, traktowany wyłącznie jako łowienie na taśmę kolejnych rzadkich okazów, odchodzi bowiem do lamusa. Po pierwsze dlatego, że wszystko, co żyje, zostało już właściwie upolowane w ten sposób. Ale nie tylko dlatego. Film przyrodniczy jako parada roślin i zwierząt nudzi się. Czas go wzbogacić, pomyśleć o czymś innym. Bożena i Jan Walencikowie starają się m.in. odkryć, jak widzą świat zwierzęta i pokazać różne sceny z życia przyrody, jak gdyby oglądane ich, czyli zwierząt, okiem. 

Dlatego, choć wokół pogoda jak przysłowiowa blacha, zastaję Jana Walencika w... szopie wiejskiego kowala. Robi tu specjalną, wodoszczelną obudowę dla kamery pozwalającą jednocześnie na zdalne kręcenie filmu.

– Chcę pokazać środowisko wodne z perspektywy bobra! – mówi.

Mamy więc szansę ujrzeć nurt rzeki ledwie wynurzonymi bobrzymi oczami, zobaczyć moment, gdy zwierzak wpływa do podwodnej nory. Przekonać się, jak spostrzega przyjaciół i wrogów. To dużo dla filmowca trudniejsze zadanie niż po prostu pokazanie płynącego bobra.

Pan Jan pokazał już przyrodę z perspektywy... piasku. Skarby piaszczystych wydm Słowińskiego Parku Narodowego filmował tak, jakby oglądane były przez kogoś, kogo porwał osuwający się piasek. Umieścił więc kamerę w pustym akwarium, któremu pozwolił zsuwać się wraz z piaskiem ze stoku ogromnej wydmy. Film otrzymał nagrodę na festiwalu we Włoszech.

Specjalne szyny, zamaskowane w leśnym runie, pozwalają na taką jazdę kamery, byśmy na filmie mieli złudzenie, że posuwamy się wśród lasu jakimś miękkim lotem. Realizatorzy chętnie pokazują nam też świat oczyma lecących ptaków. Nie tylko zresztą lecących...

Zachodząc do bazy państwa Walencików, ze zdziwieniem oglądam pięknie uszyte kukły kogutów-cietrzewi. Czyżby prawdą było więc, że filmowcy podstawiają, zamiast żywych, fałszywe, wypchane albo sztucznie stworzone zwierzęta? Nie – słyszę – tu nie chodzi o oszukanie widza, ale – samych ptaków. Wiadomo, że koguty-cietrzewie w okresie toków są bardzo wrażliwe na widok rywali. Atakują wtedy nawet kukłę, która choć trochę takiego rywala przypomina. Za jej pomocą filmowiec może przywabić cietrzewia.

Ale – co to? Jeden z tutejszych niby-ptaków ma... kółka i długi, cienki dyszel. Po co? By ukryty w szałasie operator mógł poruszać tym niby-cietrzewiem, który dzięki temu udaje ruchy tokującego ptaka. Tym łatwiej przywabić żywego rywala. Więcej. Ukryta w tym cietrzewiu na kółkach kamera, której obiektyw wygląda przez otwór pod dziobem, pozwala tego rywala filmować. l pokazać go tak, jakby oglądał go walczący z nim przeciwnik!

Takich przebiegłych forteli nasi reżyserzy obmyślili więcej. Tak – reżyserzy! Film przyrodniczy to nie tylko tropienie, ale i reżyseria! Przy czym reżyser tego filmu musi przejawiać szczególny dar: wczucia się w to, co przeżywają jego bohaterowie z łąk i wód, skłonienia ich do pożądanych zachowań – bo przecież nie może się z nimi porozumieć tak jak reżyser zwykłego filmu z aktorami. Słowem – poniekąd powinien umieć patrzeć na świat oczyma zwierząt, pozostając w samym środku ich życiowych spraw...

Tekst i zdjęcia
TOMASZ KŁOSOWSKI

CYTAT. Tekst ze Świata Młodych, 21.07.1992 r.