Ładowanie


Wywiad prasowy: W mateczniku. Z Janem Walencikiem rozmawia Małgorzata Borczak
Nowe Książki, nr 6 2001 r.



CYTAT. Okładka miesiecznika Nowe Książki z wywiadem z Janem Walencikiem i recenzjami jego dwóch książek. Źródło: Nowe Książki, nr 6 2001 r.

CYTAT. Fragment wywiadu W mateczniku. Z Janem Walencikiem rozmawia Małgorzata Borczak. Źródło: Nowe Książkinr 6 2001 r. 

CYTAT. C. d. wywiadu W mateczniku. Z Janem Walencikiem rozmawia Małgorzata Borczak. Źródło: Nowe Książkinr 6 2001 r.

 
 

 

CYTAT. C. d. wywiadu W mateczniku. Z Janem Walencikiem rozmawia Małgorzata Borczak. Źródło: Nowe Książkinr 6 2001 r.

CYTAT. C. d. wywiadu W mateczniku. Z Janem Walencikiem rozmawia Małgorzata Borczak oraz fragment recenzji Kazimierza Orłosia: Fotograf przyrody. Źródło: Nowe Książkinr 6 2001 r. 

 


W mateczniku

Z Janem Walencikiem rozmawia Małgorzata Borczak

– Prawie od dwudziestu lat realizuje Pan wraz z żoną nagradzane często filmy przyrodnicze, od czterech – wydaje Pan także książki o polskiej przyrodzie, które wyróżniają się kompozycją i narracją pokrewną dokumentalnym opowieściom filmowym. Łatwiej czy trudniej przygotować album przyrodniczy, mając za sobą dorobek filmowy?

– l łatwiej, i trudniej. Łatwiej, bo ma się nawyk opowiadania pewnej obrazkowej historii według scenariusza. Trudniej, dlatego że trzeba mieć pomysł na to, aby czytelnik chętnie przerzucał stronę po stronie i podążał za tym, co chciałem wyrazić. Dla mnie najważniejsze jest jednak to, że czuję się przy robocie nad książką jak nowo narodzony – nie działam niczym przedłużenie kamery, ale dostaję nowe medium, które ma tę zaletę, że łatwiej odbiorcy po nie sięgnąć, gdy chce kontemplować albo obejrzeć coś dokładniej, do czegoś wrócić, coś odszukać. Właśnie książki przyrodnicze pomogły mi wybrać drogę zawodową. Powiedziałem już to kiedyś w filmie Puchalszczyzna, opartym na mojej niedoszłej rozprawie doktorskiej o Włodzimierzu Puchalskim. Otóż byłem w drugiej klasie liceum, kiedy wpadła mi w ręce Wyspa kormoranów. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że zielony czteroksiąg Puchalskiego, na który składają się jeszcze Bezkrwawe łowy, Wśród trzcin i wód, W krainie łabędzia to – od lat pięćdziesiątych – Biblia każdego, kto interesował się polską przyrodą. Gdy się naczytałem tych jego opowieści i zobaczyłem przyrodnika-popularyzatora w akcji, uświadomiłem sobie, co chciałbym w przyszłości robić. Wprawdzie już wcześniej zamierzałem zajmować sie przyrodą, ale nie widziałem się w białym kitlu. Potrzebowałem więc jakiejś wskazówki, i ona przyszła sama poprzez tę Wyspę kormoranów.

– Bardzo był Pan przesiąknięty stylem Puchalskiego na początku swojej pracy?

– Byłem, może nawet bardzo. Zawsze chciałem fotografować, filmować i opowiadać innym o tym, co mnie w przyrodzie fascynuje, ale zanim dopracowałem się własnego stylu, trochę czasu upłynęło. Pamiętam, jak w latach osiemdziesiątych, po swojej wystawie zdjęć ptaków, złożyłem w Państwowym Wydawnictwie Rolniczym i Leśnym projekt albumu pt. Ptasie sekrety. W tym samym momencie redakcja zastanawiała się nad wznowieniem, w kolejną rocznicę śmierci Puchalskiego, jego książki Ptaki naszych pól, łąk i wód. Pochwalili moje czarno-białe zdjęcia i pomysł na książkę, ale wydali tylko Puchalskiego. Wtedy przyrzekłem sobie, że nie zrobię żadnego filmu ani albumu, póki nie zdobędę odpowiedniego sprzętu – co było moją głupawą obsesją w czasach, gdy się zdobywało dwa marne kolorowe filmy na rok – i dopóki jako autor filmów i książek nie będę umiał pokazać własnego pazura. Do dziś mam makietę tamtego mojego albumu i widzę, jak bardzo jest on puchalski, no, tradycyjny, powiedzmy.

– Książki Włodzimierza Puchalskiego, także albumowe, były pełnymi przygód gawędami przyrodniczymi. Podobnie wówczas pisali u nas Arkady Fiedler, Alina i Czesław Centkiewiczowie. Teraz chyba rzadziej wydaje się ten typ książek. Czy nie uważa Pan, że film i fotografia wpłynęły na zanik owej literatury?

– Na pewno bardziej podporządkowaliśmy się obrazkom, ale myślę, że jeśli dziś mniej takich gawęd, to dlatego, że coraz rzadziej trafia się autor-omnibus, który różnymi środkami potrafi wyrazić tak wiele, jak Puchalski czy Fiedler, i uwieść czytelnika jakąś historią. Na pewno fotografia zmieniła opowieść przyrodniczą. To, co kiedyś nazywano barwnie za pomocą dziesiątek przymiotników, pokazała wprost. Bezużyteczne stały się słowa, którymi tłumaczono, czym coś jest, jak wygląda albo jak się zachowuje. Zaczął trącić myszką sztafaż językowy używany do opisu tej rzeczywistości, która dzięki fotografii pojmuje się w mgnieniu oka. Nadal jednak fotografia wymaga komentarzy – właśnie komentarzy, a nie podpisów pod zdjęciami, bo te przy naszych współczesnych umiejętnościach odczytywania obrazów są najczęściej śmieszne i obrażają odbiorcę, nie pozostawiając mu pewnego marginesu na własną wyobraźnię. Dobrym komentarzem autor wydobywa z fotografii wszystkie cuda, których na pierwszy rzut oka nie widzi się, a także spiętrza wrażenia doznawane podczas kartkowania albumu.

– Jak wobec tego przeobrażała się fotografia przyrodnicza?

– Zapewne wpływała na nią świadomość naszego miejsca w przyrodzie, a także to, co wokół nas jest, co było i co być może. Trudno jest mi jednak przeprowadzić jakąś systematykę fotografii przyrody, bo mam na to za małą wiedzę. Gdybym jednak spróbował to zrobić, ot tak, dla własnych potrzeb, wyróżniłbym w niej trzy, może cztery okresy. W pierwszym, rozpoczynającym się jeszcze u schyłku XIX wieku, widać zachłystywanie się tym, że uroki i osobliwości przyrody można zatrzymać na kartce papieru.

– Ta satysfakcja z zatrzymywania rzeczywistości w kadrze charakteryzowała początki całej fotografii i chyba w gruncie rzeczy do dziś jest bardzo ważna, o ile ciągle nie najważniejsza, nawet dla samych fotografików. Rówieśnik Puchalskiego, słynny francuski fotografik Henri Cartier-Bresson mówił, że w fotografii interesuje go wyłącznie zmysłowa radość patrzenia.

– Zgoda. ale dawniej było jej więcej, choćby dlatego, że rzadko rozumiano, na czym fotografowanie polega. Puchalski w swoich zapiskach wspomina, że w czasach jego młodości, gdy dostał od dziadka, Hieronima Sykory, wielkie kwadratowe pudło do zdejmek i z dwoma tuzinami klisz wędrował po stepach i łąkach, fotograf nie był ot takim pospolitym rzemieślnikiem, ale po trosze sztukmistrzem. Jego główne zajęcie polegało na robieniu gabinetów czyli portretów, za które płacono spore pieniądze. Jeśli ktoś zajmował się wówczas fotografią przyrody, nie mógł na tym zarobić, bo nikt się nie interesował landszaftem czy podobiznami zwierząt niekolorowanymi na palecie. Nie było zapotrzebowania do pism, do druków czy reklam. Ktoś, kto fotografował tak jak ja – pisał – był zmuszony sam swoją sztukę podziwiać, najwyżej w gronie rodziny, i do szuflady gromadzić. Wspominał też, że chowając cenne zdobycze w szufladach, nie wyobrażał sobie, iż kiedyś będzie dyskontował owoce – jak nazywał swe zdjęcia – tylu trudnych wypraw, kosztownych wysiłków i wielkiej cierpliwości. Dopiero w latach trzydziestych, gdy upowszechniły się aparaty małoobrazkowe, zaczął się szaleńczy bieg w pochwytywaniu coraz większej ilości tematów, i wówczas sam zachwyt nad faktem zatrzymania skrawka rzeczywistości w kadrze nie wystarczył już fotografom. Trzeba było odnajdywać własne sposoby pokazywania przyrody. Znaleźli je m.in. Ansel Adams czy Edward Weston, dziś klasycy, których ujęcia niepojętego piękna świata rozpoznajemy na pierwszy rzut oka.

– Adams mówił, że wierzy w fotografię jako afirmację właśnie tego „niepojętego piękna świata” i jako sposób na osiągnięcie przez człowieka poczucia szczęścia. Od jego czasów zmienił się jednak stosunek człowieka do przyrody. Jaki znalazło to wyraz w pracach kolejnych pokoleń fotografów? 

– Wydaje mi się, że od pewnego momentu oglądanie ładnych ujęć, niepospolitych form, rajskich widoków dziewiczych miejsc już nam nie wystarcza i nie odpowiada naszej wiedzy o przyrodzie (nie mówię, że ta wiedza powszechnie jest lepsza, ale że jest inna, bo przecież kiedyś ludzie byli bliżej natury). Gdzieś w latach sześćdziesiątych – co zbiegło się z ekologicznym pędem ku zrozumieniu natury – pojawił się, także w fotografii, niedosyt w odpowiedziach na pytania, jak przyroda działa, o co w tym wszystkim chodzi. Ten etap pokazywania przyrody trwa do dziś i znajduje wyraz w tysiącach albumów i filmów. Wydawać się może, gdy je oglądamy, że lepiej już nie da się podpatrzyć przyrody. Widzimy drobiazgowo życie przedstawicieli różnych gatunków ukazane z perspektywy mikro- i makrofotografii, od poczęcia po kres bytu. Jak człowiek na to wszystko popatrzy, to zaczyna mu się wydawać, że nie ma co robić, bo wszystko już było. To oczywiście chwilowe złudzenie, choć bez wątpienia w dziedzinie fotografii przyrodniczej coraz trudniej zrobić coś oryginalnego, ale to jest wykonalne. Otóż korzystając z coraz doskonalszej techniki i wszechobecności fotografii, można stworzyć u odbiorcy nowy stosunek do przyrody – i to się dzieje, ja również w tym uczestniczę. Skłaniam widzów i czytelników, żeby stanęli po stronie przyrody. Dziś zadaniem fotografa czy piszącego o przyrodzie jest trafienie u odbiorcy w to miękkie – jak mówią myśliwi – by przekonać go, że przyroda nie jest tylko zbiorem obrazków, nad którymi nostalgicznie się wzruszamy, ale wspólnotą. Uczestniczenie w niej to fantastyczna przygoda. Daje nam jakieś prawa, ale też coraz więcej stwarza obowiązków.

– W wypracowaniu tego stylu pomógł chyba przyrodniczy esej telewizyjny. To dzięki niemu zmieniła się także narracja ambitnych filmów przyrodniczych.

– Prawda. To przyszło częściowo z Anglii, myślę głównie o BBC Natural History Unit w Bristolu, częściowo zaś z USA, z National Geographic. Otóż wykształcił się zwyczaj wydawania na kanwie filmu czy serialu przyrodniczego wersji książkowej, w której słowo i obraz pełnią równie ważną rolę. Na tle tych książek albumowe zbiory pocztówek z tautologicznymi podpisami wyglądały dość śmiesznie. Z tym że forma, jaką wypracowano w owych esejach, też staje się powoli przeżytkiem. Choć były to często rzeczy bardzo dobre i znakomicie pokazywały, jak przyroda funkcjonuje, jak współżyją w niej organizmy czy całe ekosystemy, zaczynają już nużyć, ich formuła się wyczerpuje. Archiwa filmowe nasyciły się taką produkcją. Gdy oglądamy programy Discovery, Animal Planet czy National Geographic, widzimy te same opowieści, podobne konwencje. Znowu trzeba podnieść poprzeczkę. I dobrze, że próbuje się szukać czegoś nowego.

– Pan też szuka?

– Szukam, bo nie ma sensu powtarzać cudzej pracy albo robić czegoś, co nie służy lepszemu zrozumieniu pewnych rzeczy. Skoro tak łapczywie fotografuję puszczę, chciałbym otworzyć na nią innych ludzi, pragnąłbym, żeby dostrzegli w niej to, co ja widzę – po prostu ją samą – i poczuli potrzebę pokory. Nie pretenduję przy tym do miana artysty fotografika. Moja fotografia jest na usługach tematu. Teraz tematem jest dla mnie Saga o prastarej puszczy, białowieskiej oczywiście – seria piętnastu filmów i pięcioksiąg. Chciałbym, za 5-6 lat, kiedy się te rzeczy ukażą, uszczęśliwić widzów świeżymi pomysłami, a jednocześnie zburzyć niewiarygodną pewność, że my, którzy często nie odróżniamy liści buków i dębów, wszystko wiemy o układach obowiązujących w przyrodzie. Niech odbiorcy Sagi coś razem ze mną odkryją, niech coś tak zwyczajnego, jak prastary las nizinny, zaskoczy ich i oczaruje. Z takim nastawieniem zabraliśmy się do pracy nad serialem. Nie wiem, jak nam to wyjdzie, ale gdybym wiedział, to bym się do tej roboty nie rwał. Chcę przeżyć przygodę pod tytułem Saga o prastarej puszczy i nie wyobrażam sobie tej pracy jako systematycznego odrabiania lekcji. Zależy mi na tym, aby widz i czytelnik zobaczył przyrodę trochę inaczej, niż poznał ją w szkole, inaczej niż organizm, w którym wszystko działa jak w zegarku. Pomysł Sagi opiera się na jednym prostym pytaniu: co my, ludzie, z naszym zobiektywizowanym, naukowym podejściem do rzeczywistości, możemy wiedzieć o tym, jak świat przeżywa wilk, mrówka, czosnek niedźwiedzi, opieńka miodowa lub dąb, i czym dla nich jest puszcza.

– To chyba dość karkołomny pomysł. Dorosły człowiek nie bardzo rozumie swoje potomstwo, a Pan chce żeby wczuł się w życie mrówki? Czy to aby nie antropomorfizm?

– Antropomorfizm? Brrr… Będę go unikać za wszelką cenę.

– Myśli Pan, że to możliwe?

– W uczłowieczaniu przyrody na każdym kroku, w mówieniu o jej mądrości, kaprysach, złośliwości jest oczywiście koszmarna naiwność, ale też prawdą jest, że nie możemy na świat patrzeć inaczej niż, na miarę naszych skromnych możliwości. Tak więc po części w antropomorficzny sposób będziemy pokazywać np. trwogę, złość, radość wyższych organizmów, bo to się daje przełożyć na ludzki język. Proszę spróbować zostać na godzinę wilkiem, który żyje w wataże, razem z pobratymcami zostaje poddany egzekucji czyli polowaniu i jako jedyny z nich ocala życiem. Uchodzi przez fladry...

– To mi wygląda na fabułę filmu Disneya.

– Ale u niego przyroda była na usługach dydaktyki, to były fabulame filmy przyrodnicze. My chcemy sytuację odwrócić i zrobić serię przyrodniczych filmów fabularnych. Sam jestem ciekaw, co nam z tego wyjdzie.

– Ja też, ale żal mi tego wilka. Czy będzie go Pan podchodził na sposób myśliwski? Czy przy tych wszystkich przeobrażeniach fotografii metody „bezkrwawych łowów” z kamerą pozostały dziś te same?

– Całe dochodzenie do możliwości fotografowania obiektu nie zmieniło się. Nie możemy, na przykład, nagle postawić budy płóciennej przy gnieździe ptaka, wejść do niej i od razu fotografować. Pomijając fakt, że nic z tego, jest to nieetyczne i prowadzi do zniszczenia lęgu. Budujemy dzisiaj jakieś kryjówki do obserwowania ptaków czy ssaków, ale robimy to prawie tak samo, jak słynni bracia Keartonowie w 1907 roku. Puchalski wymyślił kiedyś sztuczną krowę, w której ukrywał się, żeby podchodzić dropie, i też Ameryki nie odkrył. W Książce Early Wildlife Photographers opisano chwyt podobny. Można przypuszczać, że pionierzy fotografii przyrodniczej byli pod tym względem nawet bardziej pomysłowi, pewnie dlatego, że mieli trudniejszy w obsłudze sprzęt fotograficzny. Ich nikt nie uczył, jak zrobić dobre zdjęcie wilka, sowy czy niedźwiedzia. Dla nich bezkrwawe łowy były pełną niewiadomych, niebezpieczną częstokroć, przygodą. Kiedy pionier polskiej fotografii przyrodniczej, doktor Henryk Mikolasch ze Lwowa wędrował z wielkim miechowym aparatem, by upolować niedźwiedzia, nie mógł liczyć, tak jak ja mogę, na jakiś poradnik i cuda techniki, by rezultat łowów olśnił widzów.

– Po raz kolejny tematem Pana prac staje się Puszcza Białowieska. Właściwie prawie wszystkie Państwa filmy, a teraz i książki, dotyczą północno-wschodniej Polski. Na marginesie warto dodać, że Pana mistrz. Włodzimierz Puchalski, też głównie ten rejon penetrował. Dziś, gdy się wejdzie do dużej księgarni, można znaleźć kilkanaście albumów ukazujących puszczańską dzikość, biebrzańskie mokradła, jeziora Suwalszczyzny. Do tego – przewodniki i różne opowieści odkrywające tutejszą kulturę. Dlaczego coraz częściej różni autorzy otwierają sie na te krainy?

– Każdy ma pewnie jakiś osobisty powód, by się w nie zagłębiać. Mnie interesuje w tej ziemi pierwotność. Gdzie się nie ruszyć w obszarze północno-wschodniego trójkąta Polski, wszędzie znaleźć można przyrodę w miarę dziewiczą. Mamy tu jeszcze takie miejsca, w które od wieków ludzie nie ingerowali. Wigry, Bagna Biebrzańskie, Puszcza Białowieska – można takim korytarzem pierwotnej przyrody przejść hen na wschód i spotkać się gdzieś w Kownie. Powiem Pani, że przez ostatnich kilka lat jeździłem na Litwę i próbowałem znaleźć mickiewiczowskie puszcz litewskich przepastne krainy, ale tam tego nie ma. Puszcza Augustowska – jak pisał Ferdynand Ossendowski – puszcza o oczach lazurowych, też jest w wielu miejscach sztuczna, bo mnóstwo tam nasadzeń sośnin. Gdy się zapuścić w stronę Wilna, także widać jakieś laseczki sosnowe, suche piachy. A tu, w Puszczy Białowieskiej, 1200 metrów za moim oknem, wciąż jeszcze są dziewicze lasy. Jeśli wsiąść do pociągu w Londynie i dojechać do Moskwy, to nigdzie po drodze nie znajdzie się takiego lasu zrodzonego siłami natury. Wszystkie inne sadził człowiek. Można powiedzieć, że jest to wzorzec puszczy, która pokrywała kiedyś olbrzymie niziny Europy. Z takich terenów wywodzą sie nasi przodkowie i to był główny pejzaż europejski. Co prawda, ta puszcza jest poszarpana, przecięta granicą, którą nam Stalin zafundował, ale drugiej tak naturalnej nie ma na całym naszym kontynencie. Mówiąc tonem podniosłym, dla mnie ta puszcza zawsze była świątynia przyrody. Tu jest mój matecznik i do szkoły nie mam pod górkę. Mieszkam w samym środku wybujałej dzikiej przyrody, której człowiek jeszcze nie zniszczył. Pamiętam, że kiedy skończyliśmy realizować Tętno pierwotnej puszczy, doznaliśmy z żoną swego rodzaju olśnienia: przecież to tutaj spędziliśmy wszystkie najlepsze chwile, więc trzeba w Puszczy zostać; jest jeszcze tyle rzeczy do pokazania. Proszę nie myśleć, że jest to dowód jakiejś odwagi, to po prostu wielka przyjemność.

CYTAT. Tekst z Nowych Książek,  nr 6 2001 r.