Ładowanie


5. Zdobywanie doświadczeń (1987 – 1988 r.)


1987 r.

Produkcję naszych dwóch pierwszych filmów (Symbioza? i Circus pygargus – błotniak popielaty) zakończyliśmy formalnie na samym początku 1987 roku. Nie emitowano ich jednak od razu; premiera obydwu miała miejsce dopiero jesienią. To było nasze prawdziwe święto, bo po latach marzeń i dążeń, stworzone przez nas pierwsze w życiu filmy pojawiły się na ogólnopolskiej antenie telewizyjnej. Najpierw Symbioza? – 9 października o 1830, w programie 1 TVP, w cyklu Małe kino, potem Błotniak… – 16 października o 1830, w tym samym programie i cyklu. Były jeszcze dwa pokazy i to grubo wcześniej. Najpierw przedstawiłem obydwa filmy 21 marca na IV Zjeździe Ornitologów Mazowsza w Siedlcach. Potem Telewizja Polska wysłała mój film o sieweczkach do Łodzi, na IV Ogólnopolski Przegląd Filmów Przyrodniczych o nagrodę im. Włodzimierza Puchalskiego (04-06.05). Ku naszej wielkiej radości, ja – debiutant – otrzymałem nagrodę Ligi Ochrony Przyrody za Symbiozę? i jednocześnie nagle znalazłem się wśród szczególnych laureatów: uznanych i doświadczonych realizatorów z Wytwórni Filmów Oświatowych i z innych ośrodków. Pewnie, że byłem dumny (bo kto na moim miejscu by nie był?), ale jednocześnie odbierałem to jako ogromną zachętę, aby w przyszłych produkcjach koniecznie pokazać swój prawdziwy filmowy pazur.



CYTAT. Artykuł – Małgorzata GiżejewskaIV Ogólnopolski Przegląd Filmów Przyrodniczych. Źródło: Przyroda Polska, 09.1987 r.

 



CYTAT. C. d. artykułu – Małgorzata GiżejewskaIV Ogólnopolski Przegląd Filmów Przyrodniczych. Źródło: Przyroda Polska, 09.1987 r.

 

 

Swoją drogą na tegorocznym IV Ogólnopolskim Przeglądzie Filmów Przyrodniczych o nagrodę im. Włodzimierza Puchalskiego, 6 maja przedstawiłem półgodzinny referat o twórczości Patrona Przeglądu, otwierający sesję popularno-naukową w Hotelu Światowit w Łodzi. Organizatorzy zaprosili mnie, ponieważ uznali, że tematyka przygotowywanej przeze mnie rozprawy doktorskiej doskonale konweniuje z ideą sesji i z upamiętnieniem sylwetki Włodzimierza Puchalskiego. Kilka moich tegorocznych działań fotograficznych było związanych z Lublinem. 18 lutego w Muzeum Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie otwarto wystawę Ptasie sekrety. Wiązało się to między innymi z odbywającym się kilka dni później IV Zjazdem Ornitologów Lubelszczyzny. W grudniu wziąłem udział w zbiorowej wystawie fotografii ośmiu autorów, zatytułowanej Przyroda Lubelszczyzny, prezentowanej w Lubelskim Domu Kultury.



Oryginalny afisz informujący o wystawie Jana Ptasie sekrety w Muzeum Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. Lublin. 18.02.1987 r.

 



CYTAT. Fragment folderu zbiorowej wystawy Przyroda Lubelszczyzny w Lubelskim Domu Kultury. 12.1987 r.

CYTAT. Fragment folderu zbiorowej wystawy Przyroda Lubelszczyzny w Lubelskim Domu Kultury. 12.1987 r.

 
 

 

CYTAT. Fragment folderu zbiorowej wystawy Przyroda Lubelszczyzny w Lubelskim Domu Kultury. Spis autorów. 12.1987 r.

CYTAT. Fragment folderu zbiorowej wystawy Przyroda Lubelszczyzny w Lubelskim Domu Kultury. Spis prac i autorów. 12.1987 r.

 
 


Organizatorzy tegorocznego VIII Ogólnopolskiego Przeglądu Filmów, Fotografii i Przeźroczy o Ochronie  Środowiska Biosfera ’87 (11-13.12.1987 r.) zaprosili mnie do udziału pracach Jury Przeglądu oraz do wygłoszenia prelekcji o Włodzimierzu Puchalskim. Biosferze ’87 towarzyszył przegląd twórczości filmowej Włodzimierza Puchalskiego i Jego wystawa Zwierzęta w obiektywie, zorganizowana w Klubie Międzynarodowej Prasy i Książki w Lublinie. Do katalogu tej wystawy napisałem niewielki tekst wprowadzający, a 11 grudnia, tuż po uroczystym otwarciu wystawy, przedstawiłem dłuższy esej Włodzimierz Puchalski znany i nieznany – narodziny pasji.   




 

 

CYTAT. Plakietka-logotyp VIII Ogólnopolskiego Przeglądu Filmów, Fotografii i Przeźroczy o Ochronie Przyrody Biosfera '87. Lublin, 11-13.12.1987 r. 


 

 

 




CYTAT. Fragment folderu wystawy fotografii Włodzimierza Puchalskiego Zwierzęta w obiektywie, z tekstem Jana. Źródło: Komisja Fotografii i Filmu „Cień" ZW PTTK w Lublinie, 12 1987 r.

CYTAT. Fragment folderu wystawy fotografii Włodzimierza Puchalskiego Zwierzęta w obiektywie, z tekstem Jana. Źródło: Komisja Fotografii i Filmu „Cień" ZW PTTK w Lublinie, 12 1987 r.

 

 

CYTAT. Fragment folderu wystawy fotografii Włodzimierza Puchalskiego Zwierzęta w obiektywie, z tekstem Jana. Źródło: Komisja Fotografii i Filmu „Cień" ZW PTTK w Lublinie, 12 1987 r.

CYTAT. Fragment folderu wystawy fotografii Włodzimierza Puchalskiego Zwierzęta w obiektywie, z tekstem Jana. Źródło: Komisja Fotografii i Filmu „Cień" ZW PTTK w Lublinie, 12 1987 r.

 



W 1987 roku opublikowano kolejne moje fotografie, między innymi w Łowcu Polskim i w Przeglądzie Hodowlanym. W Przyrodzie Polskiej ukazał się fotoreportaż Śnieżyczki, zamykający cykl ubiegłorocznych mini-reportaży. Fritz Põlking, wydawca uznanego niemieckiego czasopisma Tier und Naturfotografie, zaproponował mi zredagowanie tekstu opisującego historię i dzień dzisiejszy polskiej fotografii przyrodniczej. Efektem tego był zamieszczony w numerze 03-04/1987 artykuł Tierfotografie in Polen (Fotografia zwierząt w Polsce), ilustrowany fotografiami Włodzimierza Puchalskiego, Włodzimierza Łapińskiego i moją (zobacz ten arykuł po polsku tutaj).



CYTAT. Okładka pisma z artykułem Jana Tierfotografie in Polen (Fotografia zwierząt w Polsce). Źródło:Tier + Natur Fotografie, nr 2/18, 03-04.1987 r.

CYTAT. Artykuł Jana Tierfotografie in Polen  (Fotografia zwierząt w Polsce). Źródło:Tier + Natur Fotografie, nr 2/18, 03-04.1987 r.

 
 

 

CYTAT. Okładka czasopisma, str. 30 i 31. Fragment artykułu – Bożena BednarskaIV Ogólnopolski Przegląd Filmów Przyrodniczych o nagrodę im. W. Puchalskiego. Źródło: Przegląd Hodowlany, 16-21.07.1987 r.

 

 

CYTAT. Reportaż Jana Śnieżyczki. Źródło: Przyroda Polska, 03.1987 r.

CYTAT. Okładka czasopisma z artykułem – Antoni Nabrdalik: Wścieklizna – problem ciągle aktualny. Źródło: Łowiec Polski, 04. 1987 r.

CYTAT. Fragment artykułu – Antoni Nabrdalik: Wścieklizna – problem ciągle aktualny. Źródło: Łowiec Polski, 04. 1987 r.

 
 

 

W ubiegłych dwóch latach (1985 i 1986) w telewizyjnej audycji Zwierzyniec znalazły się 22 moje Fotograficzne zwierzyńce, jako gawędy ze studia lub plenerowe felietony filmowe. Ponieważ, jak już wcześniej wspominałem, w archiwach TVP nie zachowały się nagrania Zwierzyńca – mam kłopot z dokładnym ustaleniem ilości moich fragmentów audycji i dat emisji. Tym bardziej, że w tamtym żywiole nagrań, sam również nie zapisywałem zbyt wielu informacji z myślą, że będę potrzebował wrócić do nich po latach. Jakieś notatki jednak znalazłem i z nich wynika, że na początku roku były co najmniej cztery Fotograficzne zwierzyńce. Oto one według kolejności po 22 z poprzednich lat:

23. Emisja 19.01.1987 r. (nagranie 13.01) Wspomnienie o Włodzimierzu Puchalskim, w 8 rocznicę śmierci na Antarktydzie – program studyjny.
24. Emisja 02.03.1987 r. (felieton filmowy) Dokarmianie zwierząt w Leśnictwie Ruchna.
25. Emisja 16.03.1987 r. (felieton filmowy) Małe ZOO w Siedlcach, cz. I.
26. Emisja 30.03.1987 r. (felieton filmowy) Małe ZOO w Siedlcach, cz. II.

Ze względu na zobowiązania filmowe, wiosną przestałem się udzielać na antenie Zwierzyńca, ale powróciłem do niego jesienią. Zanotowałem w kalendarzu kilka nagrań studyjnych i co do nich mam pewność – nagrania z 04.09, 17.09, 29.10 (emisje były zwykle kilka dni później, zawsze w poniedziałki!). 23.09 montowałem felieton do emisji 28.09. W jesiennej edycji Zwierzyńca pojawiły się jeszcze co najmniej cztery moje felietony: Ptaki przelotne (zdjęcia z ornitologami przy pułapkach w Mołożewie – 07.08.1987 r.), Żubronie (zdjęcia w Wejsunach – 14.09.1987 r.), Jeleń milu i Daniele. Później było jeszcze chyba kilka, ale pewności nie mam. Tak więc w sumie zrealizowałem grubo ponad 30 Fotograficznych zwierzyńców – tych studyjnych i filmowych. Wkrótce, w 1988 roku, Telewizja Polska zakończyła nadawanie Zwierzyńca.



D001742. Realizacja felietonu o odłowach ptaków przelotnych do Zwierzyńca. Od lewej: Jan oraz Henryk Kot i Rafał Kuczborski z Koła Ornitologów w WSRP w Siedlcach. Mołożew n. Bugiem, 07.08.1987 r. © Bożena Walencik 2018.

D001748. Realizacja felietonu o odłowach ptaków przelotnych do Zwierzyńca. Od lewej: Jan oraz Henryk Kot i Rafał Kuczborski z Koła Ornitologów w WSRP w Siedlcach. Mołożew n. Bugiem, 07.08.1987 r. © Bożena Walencik 2018. 

 

 

D001754. Realizacja felietonu o żubroniach do Zwierzyńca. Jan przy zagrodzie żubroni. Wejsuny, 14.09.1987 r. © Bożena Walencik 2018. 

D001754. Realizacja felietonu o żubroniach do Zwierzyńca. Od lewej: dr Zygmunt Giżejewski i Jan na łące przy stadzie żubroni. Wejsuny, 14.09.1987 r. © Bożena Walencik 2018. 

 



Po naszych pierwszych dwóch filmach, w każdym calu ornitologicznych, nie mieliśmy ochoty rezygnować z tej tematyki. Byłem do tego stopnia przesiąknięty ptasim światem, że trzeci film musiał być naturalną tego emanacją. Od czasu szkolnych badań nad kawką bardzo pociągała mnie biologia rozrodu ptaków: ich umiejętność zakładania gniazd, składania jaj, inkubacja, wykluwanie, sposoby funkcjonowania piskląt i ich wzrost oraz rola rodziców. Z pewnością duży wpływ na to miała książka Ptak i gniazdo, jajo, pisklę, którą jeszcze przed moim przyjściem na świat napisał niemiecki badacz, dr Wolfgang Makatsch. Najbardziej fascynował mnie ten powtarzający się miriadami cud życia: dwie połączone komórki oddane przez rodziców, zamknięte niebawem skorupką, w ciągu kilku tygodni przeistaczające się w zdolny do samodzielnego istnienia organizm, który za czas jakiś też wyda z siebie nowe życie.

Nasz trzeci film Gniazda, jaja, pisklęta formalnie wszedł do produkcji w połowie marca 1987 roku. Zdjęcia do niego realizowaliśmy od końca marca do końca lipca. Od samego początku obmyślania scenariusza zależało mi na tym, aby ten film nie był prostą wyliczanką gatunków, rodzajów gniazd, jajek i piskląt, czyli takim mało atrakcyjnym ptasim zielnikiem. Aby temat dotarł do widzów, koniecznie chciałem pokazać ten ptasi cud bardzo żywo i… po ludzku. Stąd wziął się pomysł z obsadzeniem w filmie mnie samego jako prezentera – gadającego do widza gościa, ale za każdym razem w niecodziennej sytuacji, która unaoczniałaby odbiorcy owo ludzkie odniesienie do ptasich spraw. I tak na początku filmu miałem wspiąć się do wielkiego gniazda bociana białego na szczycie stodoły i stamtąd (siedząc na gnieździe jak, nie przymierzając, wielkie pisklę) nadawać do kamery taki oto tekst:

Czy tak naprawdę ktoś z nas zastanawiał się, po co w ogóle ptaki budują gniazda? Czemu jedne umieszczają wysoko na drzewach, inne na ziemi, czemu mają różny kształt? Dlaczego składają jaja? Czemu jedne są białe, a inne barwnie nakrapiane? Wreszcie, dlaczego jedne pisklęta przychodzą na świat gołe, ślepe, nieporadne, a inne zaraz po wyjściu ze skorupki potrafią żyć prawie samodzielnie.

Innym pomysłem z tej serii był wywód na temat inkubacji ptasiego jaja i rosnącego wewnątrz skorupki organizmu, prowadzony na miejscu zdarzenia – gdy ja stoję przy olbrzymim gnieździe łabędzia zbudowanym na wodzie, pełnym wielkich jaj, a na dodatek, gdy obrazowo wyjaśniam podział wielkiej ptasiej komórki na czymś, co doskonale znamy ze śniadania: na przepołowionym kurzym jajku, ugotowanym na twardo… Co ważne, tych kilka moich wejść przed kamerą, czyli w języku filmowym – setek (dźwięk nagrywany stuprocentowo razem z obrazem, na żywo) – musieliśmy obmyślić i zredagować w ostatecznym kształcie już w scenariuszu, czyli przed rozpoczęciem zdjęć, podobnie jak z pozostałym komentarzem, który musiał korespondować z setkami. Zwykle w scenariuszach jest tylko zarys przyszłego komentarza, ale tutaj, jeszcze przed zdjęciami trzeba było precyzyjnie wyobrazić sobie cały film w warstwie słownej i nadać wypowiadanym kwestiom ostateczny kształt, a potem na planie trzeba było się tego trzymać. Jak na początkujących filmowców, zadanie niełatwe. Te setki filmowała oczywiście Bożenka. Poradziła sobie bardzo dobrze, ale jedna scena wymagała kilku kwadransów moich perswazji. Za żadne skarby nie wejdę na szczyt tej stodoły, wybij to sobie z głowy – krzyknęła z dołu, gdy kamerę ze statywem wywindowałem już na dach.

Więcej o filmie Gniazda, jaja, pisklęta  tutaj.



D001894. Bożena podczas zdjęć do filmu Gniazda, jaja, pisklęta – filmuje na dachu stodoły. Klimonty k. Mordów, 16.07.1987 r. © Jan Walencik 2017. 

 




 

D001895. Jan podczas nagrywania dźwięku do filmu Gniazda, jaja, pisklęta. Klimonty k. Mordów, 16.07.1987 r. © Bożena Walencik 2017. 


 

 




Z każdym dniem filmowania, z każdym nowym scenariuszem, scenopisem, komentarzem, z każdym nowym montażem pilnie uczyliśmy się wielu zawodowych rozwiązań i nabieraliśmy doświadczenia. Byliśmy zachłanni (no dobra: przede wszystkim zachłanny byłem ja) na jak najwięcej nowych doświadczeń, ale na mój szczególny sposób – przez realizowanie od dawna zalęgłych w mojej głowie pomysłów kolejnych filmów. Tyle, że wprowadzanie tych projektów do produkcji (czytaj: przekonywanie kierownictwa odpowiedniej Redakcji zlecającej produkcję w CWPiFTv POLTEL) wcale nie było łatwe. Chyba nie powiedziałem przed chwilą całej prawdy… Jak z dzisiejszej perspektywy patrzę na tamten czas, widzę wyraźnie, że obok zdobywania szlifów filmowych, rosło też doświadczenie, czy raczej obycie w przekonywaniu szefów Redakcji do naszych nowych pomysłów. Krzepliśmy w tym z filmu na film. Ale chcę też zauważyć, że dawaliśmy tym telewizyjnym partnerom konkretne owoce naszej pracy – filmy, które coraz chętniej akceptowano, promowano i kierowano do emisji. Było więc dobrze, a nawet – coraz lepiej.

Potrzeba tworzenia była tak silna (a może raczej dotąd tak tłumiona), że nie byłbym sobą poprzestając w tym roku – 1987 – tylko na projekcie Gniazda, jaja, pisklęta. W trakcie zdjęć do niego złożyliśmy w Redakcji Reportażu i Filmu Oświatowego TVP scenariusze dwóch kolejnych pozycji: Czas godów i Tajemnice naszych kwiatów. Produkcja tych filmów siłą rzeczy nakładała się na zdjęcia do Gniazd… – naturalnie było o wiele więcej pracy, ale też stopniowo wchodziliśmy w nowe, nieznane nam dotąd przestrzenie przyrodnicze, nowe miejsca. Poznawaliśmy coraz więcej przyrodników, coraz więcej ciekawych obiektów do filmowania, a to napędzało nieuleczalnie, coraz pełniej, coraz bardziej bogato, nasze ówczesne wizje. A może – co ważniejsze – przyszłe wizje filmowe. W konsekwencji mieliśmy tak: zanim skończyła się produkcja jednego filmu, w naszych głowach kiełkowała już i dojrzewała wizja następnego obrazu, a zaraz potem ambicja stworzenia co najmniej kilku dalszych fascynujących nas tematów i to najlepiej w perspektywie kilku lat. Tak właśnie było z Czasem godów, do którego potrzebowaliśmy miejsca, gdzie dałoby się w miarę pewnie sfilmować rykowisko jeleni. W ten sposób, na chwilę – jak nam się wtedy zdawało – trafiliśmy na mazurską Fermę Jeleniowatych należącą do Zakładu Doświadczalnego Polskiej Akademii Nauk w Baranowie, której założycielem i duszą był dr Andrzej Krzywiński, doświadczony i niezmordowany w realizacji swoich pomysłów zoolog. Zostaliśmy tam na kilka następnych lat.

Oprócz Mazur (Kosewo Górne, Popielno) tegoroczne zdjęcia filmowe powstawały w wielu innych miejscach. Spora część w dobrze nam znanych okolicach leśnych, łąkowych i stawowych koło Siedlec, Mordów i Klimontów. Kręciliśmy też na biebrzańskich Grzędach, pod Stójką, Zajkami, Szorcami i w Kuligach, w Puszczy Białowieskiej, w Rezerwacie Śnieżyczki koło Repek, w Kowiesach, w Lasach Janowskich i okolicach Szklarni (toki głuszców), w poznańskim ZOO, w Stacji Doświadczalnej poznańskiej Akademii Rolniczej w Stobnicy (bardzo rzadkie dropie, hodowane przez dr. Andrzeja Bereszyńskiego), w warszawskim i lubelskim Ogrodzie Botanicznym, pod Węgrowem i pod Chełmem oraz Gotówką Niemiecką, w Rytelach Rybakach, Mołożewie i pod Łosicami, w Rezerwacie Gołobórz, w okolicach Gdańska i w moim rodzinnym Kazimierzu Dolnym. Podczas szczególnie trudnych zdjęć do filmów Czas godów i Tajemnice naszych kwiatów asystował nam młody fotograf i początkujący operator – Marek Chodak. Pomagali też zaprzyjaźnieni konsultanci – pracownicy naukowi siedleckiej WSRP: Henryk Kot i Marek Rudowicz.



D001835. Dr Andrzej Krzywiński i Jan podczas zdjęć do filmu Czas godów, w Fermie Jeleniowatych PAN. Kosewo Górne, 28.09.1987 r. © Bożena Walencik 2017.  

D001849. Jan i Marek Chodak podczas zdjęć do filmu Czas godów, na tokowisku głuszców. Szklarnia k. Janowa Lubelskiego, 23.04.1987 r. © Jan Walencik 2017. 

 

 

D001843. Jan podczas zdjęć do filmu Czas godów, w Fermie Jeleniowatych PAN. Kosewo Górne, 29.09.1987 r. © Bożena Walencik 2017. 

D001858. Jan podczas zdjęć do filmu Czas godów, filmuje tokujące dropie w Stacji Doświadczalnej AR w Poznaniu. Stobnica, 30.04.1987 r. © Marek Chodak 2017. 

 

 

D001871. Jan podczas realizacji zdjęć do filmu Tajemnice naszych kwiatów. Tryb Zielony, Puszcza Białowieska, 01.08.1987 r. © Bożena Walencik 2017. 

D001889. Jan podczas realizacji zdjęć do filmu Tajemnice naszych kwiatów, w Rezerwacie Śnieżyczki. Repki, 11.04.1987 r. © Bożena Walencik 2017. 

 

 

D001882. Maciek Walencik i Jan podczas realizacji zdjęć do filmu Tajemnice naszych kwiatów. Tryb Zielony, Puszcza Białowieska, 01.08.1987 r. © Bożena Walencik 2017. 

D001786. Jan podczas nagrywania dźwięku do filmu Chronić czy nie chronić? Sosnowica, 02.09.1987 r. © Bożena Walencik 2017. 

 

 

Tegoroczne aktywne filmowanie i ciągłe podróżowanie sprawiło, że nawiązaliśmy zażyłe kontakty ze środowiskiem lubelskich przyrodników i ochroniarzy. Niebawem zawładnęła nami idea powołania parku narodowego na Polesiu Lubelskim, która właśnie w roku 1987 nabierała szczególnych rumieńców. Ówczesny wojewódzki konserwator przyrody w Chełmie – Marek Sołtys – przeczuwał słusznie, że dobry film może byś sojusznikiem tej idei i może pomóc przekonać ministerialne władze, by i w kwestii powołania Poleskiego Parku Narodowego postawić kropkę nad i. Co tu dużo opowiadać: w ciągu kilku zaledwie dni Marek namówił nas na ten film, a w ciągu kilku następnych my namówiliśmy Telewizję Polską. Film o roboczym tytule Czy będzie Poleski Park Narodowy? (tytuł ekranowy Chronić czy nie chronić?) został skierowany do produkcji pod koniec sierpnia, a już od początku września rozpoczęliśmy trzytygodniowe zdjęcia. W ten sposób nieświadomie pomnożyliśmy ubiegłoroczny wynik dwóch filmów w ciągu jednego roku. Teraz – zaledwie w drugim roku naszego niby-zawodowego kręcenia przyrody – mieliśmy aż cztery filmy w produkcji. To było zobowiązanie i nie mieliśmy cienia wątpliwości, że mu sprostamy.

Przyznaję, zaczerpnąłem trochę z setkowego pomysłu Gniazd…, a właściwie to jeszcze go rozbudowałem. Ponieważ film o potrzebie powołania na Polesiu parku narodowego, nie był typowym opowiadaniem o przyrodzie, ale raczej apelem pobudzającym umysły i serca nieprzekonanych, zdecydowaliśmy razem z Bożenką, że nie od rzeczy będzie wprowadzenie na ekran, czyli w poleską przyrodę, narratora, który na tyle zgrabnie, na ile się da pospina i poprowadzi rzecz całą. Jasne, że padło na mnie i nie będę się krygował, że się wzbraniałem, bo byłem tym pomysłem nawet mocno rozpalony (nieświadomy oczywistych braków, a i łatwych do przewidzenia przeszkód w sztuce prowadzenia wewnątrz ekranowej narracji – jasnych dopiero po latach!). Ten wybór był do pewnego stopnia oczywisty, bo po pierwsze – nikt inny, np. ze środowiska lubelskich ochroniarzy, specjalnie się do tego nie kwapił. Po drugie – nie było czasu na szukanie zawodowego narratora (zdjęcia musiały rozpocząć się natychmiast), że o braku stosownego honorarium nie wspomnę. Po trzecie – nie mieliśmy scenariusza, który precyzyjnie opisywałby tekst każdej setki narratora; były to raczej zarysy, więc pełne wypowiedzi trzeba było redagować i szlifować niemal na bieżąco. Ja miałem ewidentną przewagę nad ewentualnym narratorem z zewnątrz: zawsze byłem na planie i zawsze w gotowości! Tak czy owak, zmierzyłem się z nowym doświadczeniem (nowym, bo setek było więcej niż Gniazdach… i były bardziej wyszukane). Był to też niezły egzamin operatorski dla Bożenki: nafilmowała się mnie jak nigdy dotąd. Kręciliśmy w wielu miejscach Pojezierza Łęczyńsko-Włodawskiego, między innymi na jeziorach: Długie, Moszne, Karaśne, Białe, Czarne, na Torfowisku Orłowskie, na Durnym Bagnie i w Sosnowicy.

Realizację jednej poleskiej setki, przy której najadłem się strachu, pamiętam dobrze do dziś. To było na Jeziorze Karaśne, gdzie koniecznie chcieliśmy pokazać unoszące się na wodzie wzdłuż twardego brzegu pło (spleję), utworzone z mchów i zakrzaczeń. Wleźliśmy z kamerą ostrożnie na ten pływający kożuch. Już przejście kilkunastu metrów od brzegu było wyczynem, bo wprawdzie spleja wytrzymywała nasz ciężar, ale mechowisko kołysało się jak wodne łóżko, a przy krótkim nawet postoju zaczynało zapadać się w wodę. No ale akurat o małe widowisko przed kamerą tutaj chodziło. Ustawiliśmy statyw, ale kamera i tak kołysała się, za każdym moim krokiem. Wykorzystaliśmy to: kiedy się pojawiłem przed kamerą horyzont w kadrze huśtał się cały czas, a ja z niby pewną miną zacząłem setkę,:

W procesie zarastania Jeziora Karaśne najważniejszą rolę odgrywa torfowisko z silnie rozbudowaną warstwą mchów, zwłaszcza torfowców. Nasuwają się one zwartym kożuchem na jezioro, na taflę wody. To podtopione, a właściwie pływające trzęsawisko, zwane spleją, jest silnie spojone korzeniami budujących je roślin i może z łatwością unieść ciężar dorosłego człowieka. 

W tym momencie zacząłem niebezpieczną zabawę: rozhuśtałem nogami kawał splei tak mocno, że filmująca mnie kamera i Bożenka też zaczęły się niebezpiecznie bujać. Wszystko po to, aby widz poczuł wyraźnie, czym jest spleja. Było to ryzykowne, bo przecież kożuch mógł się rozerwać i pochłonąć depcącego po nim śmiałka.

Utkwił mi w głowie jeszcze jeden epizod z tamtego kręcenia na Polesiu. To było na brzegu Jeziora Moszne. Przed moją kamerą stał akurat prof. dr hab. Dominik Fijałkowski, który opowiadał o potrzebie utworzenia Poleskiego Parku Narodowego, o pionierskich badaniach Pojezierza Łęczyńsko-Włodawskiego i o pomysłodawcach idei ochrony. Oczywiście wiedziałem z kim mam do czynienia. Profesor Fijałkowski był uznanym autorytetem polskiej botaniki i kierownikiem Katedry Systematyki i Geografii Roślin UMCS w Lublinie. Dla mnie jednak był kimś szczególnym, z kim o mały włos nie zetknąłem się kilkanaście lat wcześniej. W 1972 i 1973 roku, jako uczeń Liceum Ogólnokształcącego brałem udział w II Olimpiadzie Biologicznej. Niestety, na eliminacjach wojewódzkich, które odbywały się na Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi UMCS w Lublinie, poległem w teście na pojęciu niszy środowiskowej. Żałowałem bardzo, bo laureaci tych eliminacji rok później byli przyjmowani bez egzaminów na studia z zakresu biologii na UMCS właśnie. A mój obecny rozmówca sprzed kamery, prof. dr hab. Dominik Fijałkowski, był w tamtym feralnym dla mnie czasie przewodniczącym Wojewódzkiego Komitetu II Olimpiady Biologicznej. W przerwie między zdjęciami nie wytrzymałem i zwierzyłem się profesorowi z tej historii. Wyszło na jaw, że wciąż miałem do siebie pretensję o tamten decydujący test, bo oddalił mnie od studiów biologicznych bez egzaminu (na które później regularny egzamin i tak oblałem – z rosyjskiego). Dodałem jeszcze, że już w liceum byłem zdecydowany na poświęcenie się popularyzacji przyrody za pomocą filmu i fotografii, a studia biologiczne miały być środkiem do tego celu. Uczony mąż wysłuchał mnie cierpliwie, a potem skonkludował ze spokojem, że najwidoczniej studiowanie biologii nie było najważniejsze, bo ostatecznie dopiąłem swego i teraz jestem tutaj – w przyrodzie – z kamerą. Nie mogłem się nie zgodzić z taką argumentacją: to była prawda. Ta rozmowa – znowu jakaś koincydencja – dodała mi wtedy skrzydeł…



D001805. Prof. Dominik Fijałkowski, Bożena, Marek Sołtys i inni przeczekują deszcz podczas realizacji zdjęć do filmu Chronić czy nie chronić? Jez. Moszne k.Sosnowicy, 31.08.1987 r. © Jan Walencik 2017. 

D001818. Jan i Marek Sołtys, wojewódzki konserwator przyrody w Chełmie, podczas do zdjęć do filmu Chronić czy nie chronić? Jez. Moszne k.Sosnowicy, 02.09.1987 r. © Bożena Walencik 2017. 

 



Praca na 24 fajerki – przy aż czterech filmach na raz – oznaczała dla naszej rodziny częste wyjazdy i nieobecność nas (rodziców) w domu. Nasz 9-letni Maciek pozostawał wtedy pod opieką Dziadków, ale gdy tylko pojawiała się jakaś przerwa od szkolnych zajęć, nie mówiąc już o wakacjach – wyjeżdżał w Polskę razem z nami. Przy większości służbowych wyjazdów z ramienia POLTELU poruszaliśmy się wynajętą taxi, z zaufanym taksówkarzem. Sami nie potrafiliśmy kierować autem, zresztą go nie mieliśmy, tak samo jak i prawa jazdy. Pewnego dnia, gdy jechaliśmy przez rozległe polne bezdroża, nasz zawodowy kierowca zachęcił mnie, abym usiadł za kierownicą. Nie wiedział, co czyni, a z pewnością nie zdawał sobie sprawy, że przez ten gest nasze wspólne wyjazdy niebawem się skończą. Tak zaintrygowała mnie jazda samochodem, że wkrótce i ja, i Bożenka, zapisaliśmy się na kurs samochodowy i już w grudniu obydwoje otrzymaliśmy prawo jazdy kategorii B. W grudniu także zakończyła się produkcja naszego trzeciego filmu Gniazda, jaja, pisklęta. Dotychczasowa praca na planie i przy montażu w TVP w Warszawie, coraz trudniej dawała się pogodzić z moją pracą dydaktyczną na siedleckiej uczelni i z pracą Bożenki w Miejskim Ośrodku Sportu i Rekreacji. Coś z tym należało zrobić i to jak najszybciej.

Każdą wolną od filmowania i zajęć uczelnianych chwilę poświęcałem na przygotowywanie ostatecznego kształtu mojej rozprawy doktorskiej o fenomenie twórczym Włodzimierza Puchalskiego. Moja nad wyraz życzliwa promotor – doc. dr hab. Pola Wertowa – zaproponowała wstępnie obronę rozprawy w lutym 1988 r. Ponieważ twórczość Puchalskiego zachodziła na kilka obszarów tematycznych, zdecydowano się na trzech a nie dwóch recenzentów. Dwóch zdążyłem już poznać. Byli to: biolog z Uniwersytetu Łódzkiego – prof. dr hab. Romuald Olaczek i filmoznawca z Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej – doc. dr Maciej Łukowski. Trzeci recenzent – z dziedziny fotografii – miał być wybrany wkrótce. Robiłem wszystko, by nie zawieźć i dotrzymać terminu, a nade wszystko jakości merytorycznej pracy. Ciągle więc pisałem, poprawiałem, studiowałem, uzupełniałem, a rozprawa nabierała ostatecznego kształtu. Miałem plan oraz silne postanowienie, by do końca grudnia zamknąć gotowy tekst rozprawy. Tak się jednak nie stało.

26 listopada 1987 roku doc. dr hab. Pola Wertowa zmarła w szpitalu. Wszystko nagle runęło. Poczułem, że tracę grunt pod nogami. Odebrałem ten dramat podwójnie ciężko: jako stratę bardzo życzliwej mi osoby, ale też jako matnię bez wyjścia – nagły koniec wieloletniej najserdeczniejszej pracy o moim Mistrzu…

 

1988 r.

Z początkiem roku, za namową życzliwych mi osób, zacząłem usilnie poszukiwać nowego promotora mojej rozprawy. Jednak rzadka tematyka, jak i sama twórczość Włodzimierza Puchalskiego, złożona z różnych dziedzin, powodowały odmowę. W końcu, po nieudanych próbach trafiłem do Instytutu Sztuki Polskiej Akademii Nauk w Warszawie, gdzie zasugerowano mi najbardziej kompetentną osobę – doc. dr. Aleksandra Kumora, który akurat przebywał na leczeniu. Z tego też powodu nawiązałem kontakt z żoną doc. Kumora, która zaproponowała, że przedstawi moją sytuację mężowi i wkrótce da mi znać. Po kilku dniach, ku mojej wielkiej radości usłyszałem, że doc. dr Aleksander Kumor zgodził się zostać promotorem mojej rozprawy, i że nie robiąc trudności, przyjmie mnie z całym dotychczas opracowanym dobrodziejstwem inwentarza, a szczegóły ustalimy, jak tylko wyjdzie ze szpitala. Znowu przysiadłem i zacząłem szlifować przerwaną pracę. Nie na długo. Wkrótce otrzymałem hiobową wiadomość: doc. dr Aleksander Kumor zmarł 19 lutego 1988 roku…

Dałem spokój. Nie szukałem dalej – uznałem, że moja kariera naukowa dobiegła końca. Alana Puchalska, bardzo życzliwa moim monograficznym planom, przyjęła to z żalem, ale też ze szczerym zrozumieniem. Złożyłem Jej wówczas obietnicę, że nie zrezygnuję z przygotowania monografii o Włodzimierzu Puchalskim, tyle że zamiast rozprawy naukowej, będzie to solidne, szersze i równie rzetelne opracowanie popularno-naukowe, zatytułowane przekornie Puchalszczyzna, a oprócz tego zrealizuję film monograficzny pod takim samym tytułem.

Montaż, przygotowanie komentarzy, wybór muzyki, montaż dźwięku, nagrywanie komentarzy i zgranie wszystkich ścieżek dźwiękowych do trzech filmów ubiegłorocznych (Czas godów, Tajemnice naszych kwiatów, Chronić czy nie chronić?) zajęło nam parę pierwszych miesięcy 1988 roku. Na dodatek podjęliśmy się realizacji kilku krótkich form z materiałów pozostałych z ubiegłorocznych produkcji. Zmontowaliśmy i udźwiękowiliśmy pięć ponad trzyminutowych obrazów: Ptasie jaja, ptasie gniazdaŻerowiskoOwady i kwiatyPisklęta i Wiosna. Roboty było mnóstwo, cała postprodukcja odbywała się w TVP w Warszawie, co wymagało od nas nieustannych wyjazdów i pomieszkiwania w stolicy. Zamknęliśmy ten rozdział dopiero pod koniec maja. Dostaliśmy niezłą szkołę zawodowej roboty, ale to nas bynajmniej nie zniechęciło. Przeciwnie – zanim ukończyliśmy te produkcje, zadbaliśmy u uruchomienie następnych projektów!

Więcej o filmie Czas godów tutaj.
Więcej o filmie Tajemnice naszych kwiatów tutaj.
Więcej o filmie
Chronić czy nie chronić?  tutaj.
Więcej o krótkich formach Ptasie jaja, ptasie gniazdaŻerowiskoOwady i kwiatyPisklętaWiosna  tutaj.