ODKRYWAMY ŚWIAT NATURY PO SWOJEMU

FILMY FOTOGRAFIE SŁOWA DŹWIĘKI

STRONA  ARCHIWALNA  (sprzed 2022 r.)

Trzy recenzje książki Smak białowieskiego miodu

foto-ptaki.pl, 20.10.2010 r.

CYTAT. Recenzja – Tomasz Kłosowski: Miód filmowy. Źródło: foto-ptaki.pl, 20.10.2010 r.

CYTAT. Recenzja – Wojciech Sobociński: Smak białowieskiego miodu. Źródło: foto-ptaki.pl, 20.10.2010 r. 

CYTAT. Recenzja – Arkadiusz Szaraniec: Wziąć żubra za rogi. Źródło: foto-ptaki.pl, 20.10.2010 r. 

Miód filmowy

Autor: Tomasz Kłosowski

(…)

Oto książka dla tych, którzy chcą się poważnie zająć fotografowaniem, a przede wszystkim filmowaniem dzikiej przyrody. A z życia wiemy, że dla wielu z nas przejście od fotografii do filmu jest tylko kwestią czasu. W tym pierwszym zdaniu podkreślam jednak słowo poważnie.

Książka Jana Walencika Smak białowieskiego miodu, mimo zawartej w tytule słodyczy, jest tak naprawdę rzeczowym, precyzyjnym zapisem narodzin filmu przyrodniczego. Ba, całego serialu, który z właściwą temu autorowi, wręcz obłędną skrupulatnością ukazuje przyrodę Puszczy Białowieskiej. A ściślej – jej najbardziej pierwotnej części. W tym serialu, pełnym nastrojowych ujęć, puszcza przedstawiona jest przede wszystkim jednak jako wielki, precyzyjny mechanizm, oparty na ekologicznych powiązaniach. Taki, precyzyjny i konkretny jest Walencik, taka więc jest jego i jego żony Bożeny puszcza. I taka też jest książka. Opisy konkretnych przedsięwzięć. Daty, nazwiska, procedury, nazwy części wyposażenia. I niezwykle liczne zdjęcia z planu, pokazujące, jak to wszystko powstaje. A nawet, jakimi drogami i sposobami trzeba się dobijać o to, by w ogóle powstało.

Taki dziennik filmowców przyrodników – to zupełny unikat. Są tacy, którzy już zarzucają autorowi, że odsłonił za dużo tajemnic. A jak odsłonił, to częściowo odarł tę  filmową przygodę z tajemniczości i przynależnego jej romantyzmu. No, ale przecież my, fotografowie, z tego zarzutu nie zrobimy, chcemy dowiadywać się konkretów, romantycznie powzdychamy sobie sami w plenerze, o ile starczy czasu.

To nie kolejny przyrodniczy Tolkien czy puszczański kryminał, choć autor przekazuje tutaj też sporo emocji. To jednak nie prosta poczytajka, ale pozycja, którą można i warto studiować. Dowiemy się, że taki białowieski miód miewa czasem gorzki smak, ale tak to bywa, gdy na łonie natury chcemy tworzyć dzieła – fotograficzne, filmowe czy jeszcze inne. Tytuł tej książki jest więc poniekąd nawet mylący, choć zarazem dobrze oddaje natury, czy raczej wspólną naturę Bożeny i Jana Walencików. Na dnie duszy wrażliwi, wręcz sentymentalni, kochający zwierzęta ze szczególnym uwzględnieniem siebie nawzajem, przy robocie są perfekcyjni, rzeczowi, nie znoszący fuszerki. Nie tylko ze strony współpracujących instytucji i ludzi, ale też samej natury, którą chcą widzieć i pokazywać jako bogatą i bujną. W tej książce pokazują, jak można to skutecznie robić i jeszcze zasmakować słodyczy.

To ważna i pouczająca lektura dla tych, którzy sami zechcą filmować, czy choćby tylko( albo: aż) fotografować przyrodę.  

CYTAT. Tekst z foto-ptaki.pl, 20.10.2010 r.  

Smak białowieskiego miodu

Autor: Wojciech Sobociński

(…)

Czy po piętnastu latach od emisji serialu Tętno pierwotnej puszczy, warto powracać do jego kulisów? Lektura książki Jana Walencika szybko rozwiewa wszelkie wątpliwości – warto, i to jeszcze jak warto!

Sam serial wciąż jest przypominany przez różne stacje. Trudno temu się dziwić, bo jest to produkcja niezwykła. Wszak mamy do czynienia z pierwszym w historii polskiej kinematografii serialem poświęconym Puszczy Białowieskiej. I na dokładkę od razu wielokrotnie nagradzanym na całym świecie. Jej rozmach daleki był od znanych filmów BBC (o serialach nie wspominając), ale efekt porównywalny, a według wielu lepszy. Nie dziwią więc entuzjastyczne opinie, przytoczone w książce, a wygłaszane przez brytyjskich producentów.

A ponieważ serial był szczególny, z książką nie mogło być inaczej. Ona również dzierży palmę pierwszeństwa w historii krajowych wydawnictw przyrodniczych – jest pierwszą zwartą publikacją odsłaniającą kulisy powstawania filmów przyrodniczych. Prowadzi nas przez cały cykl produkcji poszczególnych odcinków. Od narodzin pomysłu i walkę o środki na jego realizację, poprzez to, co w książce najbardziej pasjonujące, czyli poszczególne etapy powstawania serialu, aż do jego premierowej emisji w białowieskim kinie Żubr.

Według mnie, to zupełnie normalne, że zachęcanie do przeczytania pamiętnikarskiego opisu procesu pisania scenariusza, rozmów z telewizyjnymi urzędnikami, a w końcu kręcenia poszczególnych scen, ich montowania czy udźwiękawiania, u niejednego czytelnika może budzić zastanowienie i rezerwę. Obawa o nudę jest uzasadniona, szczególnie, że w przypadku wielu polskich artystów ból tworzenia jest okropnym doznaniem, z którym biedacy muszą żyć przez wiele lat, a opowieści o nim stają się kolejnym bolesnym doznaniem.

W przypadku Jana Walencika mam do czynienia z czymś zupełnie odmiennym. Owszem ból tworzenia towarzyszy mu wiele lat, nie opuszcza go dzień i noc, łazi za nim dosłownie wszędzie. Tyle, że jest to niezwykle przyjemny ból. Co gorsze, jest zaraźliwy. Infekuje wszystkich w koło – szczególnie żonę Bożenę, bez której jego zniesienie (czytaj: realizacja pomysłu) nie byłoby możliwe. Jednak ani Jan, ani Bożena nie ukrywają – że film…, że przyroda jest ich życiem. W książce jest to widoczne, ale dystans, który autor zachowuje wobec siebie i ekipy filmowej, pozwala na ujawnianie nie tylko tego, co piękne i wzniosłe, ale i codzienności – czyli tego, co bez wątpienia najciekawsze. Wiadomo przecież, że praca filmowca-przyrodnika to ciągłe zmagania z pogodą, przyzwyczajeniami zwierząt, złośliwością rzeczy martwych, własną słabością, a na dodatek czyjąś głupotą i złośliwością. Całość tworzy jednak obraz wielkiej przygody, w której garstka osób pod sklepieniem (czasem nad nim) potężnych puszczańskich drzew oraz w dżungli bezdusznych urzędniczych biur (choć w książce pojawiają się przypadki urzędników z duszą), z pasją walczy o to, by pokazać nam Puszczę Białowieską.

Prezentowanie filmowej kuchni przy okazji wielu zachodnich produkcji jest normalnym zjawiskiem. Mam nadzieję, że dzięki tej książce, obyczaj ten na stałe zagości w Polsce i oprócz kilkudziesięciu minut spędzanych przed ekranem, będzie nam dane wybierać się w kolejną podróż przez książkowe karty. Szczególnie, że w przypadku Smaku białowieskiego miodu nie jest to wyłącznie podróż literacka. W książce znalazło się kilkaset zdjęć, zarówno przyrodniczych, jak i ukazujących ludzi i filmowe zdarzenia.

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że takich książek w naszym kraju jeszcze nie było, a ta pierwsza zabiera nas w fascynującą podróż, z której dowiadujemy się o rzeczach, z których jako widzowie filmów i seriali przyrodniczych często nie zdajemy sobie sprawy. Gawędziarska swada autora i humor, jakim obdarzyła go natura, sprawiają, że otrzymaliśmy publikację, którą z czystym sumieniem zaliczam do pochłaniaczy – pochłania się ją tak zwanym jednym tchem, a ona pochłania nasz czas, który mieliśmy przeznaczyć na coś innego, ale od książki oderwać się nie możemy.

I na koniec jeszcze jedno. Ta książka jest formą podziękowania. Powstała nie tylko dla czytelników, ale i z wdzięczności dla ludzi, bez których pierwszy serial poświęcony Ostatniej Puszczy nie mógłby powstać. Czytając Smak… poznamy liczne i barwne ich grono. Szczerze polecam.

CYTAT. Tekst z foto-ptaki.pl, 20.10.2010 r.  

Wziąć żubra za rogi

Autor: Arkadiusz Szaraniec

(…)

Tak się mówi wziąć byka za rogi, jeśli ktoś odważy się na coś szalenie trudnego, wymagającego nie tylko odwagi, ale  i wysiłku ponad zwykłą miarę. Jan Walencik wziął żubra za rogi (co też widać na okładce jego książki), kiedy postanowił zrobić serial o Puszczy Białowieskiej. Polski serial przyrodniczy? Tak wielu pytało z powątpiewaniem w głosie, bo mało kto wierzył w powodzenie owego szalonego projektu – i dlatego taki jest tytuł pierwszego rozdziału  tej książki.

To pamiętnik z okresu powstawania filmu, który już wszyscy znają – Tętno pierwotnej Puszczy. Dlaczego wyszedł dopiero teraz – po 15 latach od premiery? Odpowiedź jest prosta – bo autor nie miał czasu! Zaraz po Tętnie (a raczej równolegle z nim) zabrał się do ścigania, chwytania ich za rogi i powalania następnych żubrów (czytaj: nietypowych-szalonych pomysłów filmowych). Ale to już cała odrębna saga do opowiadania.  Jeden z jej najnowszych odcinków to założenie własnego wydawnictwa o nazwie Żubrowa 10 z planami na najbliższy wiek.

Ale my wracajmy do Tętna, które już jest klasyką filmu przyrodniczego i jego legendą. Książka opowiada krok po kroku o narodzinach tej legendy. To też pewnego rodzaj podręcznik  i poradnik – nie tylko dla młodego filmowca ! – jak należy realizować swoje pomysły. Pierwsza zasada  (ale pada na samym końcu książki): Niepowodzenia tylko z początku są okrutne, potem dodają skrzydeł.

Każdy widz Tętna pamięta to przedziwne, fascynujące wręcz wrażenie, kiedy na jego oczach widok jakiegoś miejsca w Puszczy płynnie tak precyzyjnie, jak za dotknięciem różdżki czarnoksięskiej zmienia się z wiosennego na letni, potem staje się jesień, aż w końcu wszystko pokrywa śnieg. A potem zamyka się odwieczne koło natury i ponownie wszystko wraca do punktu wyjścia. Jak oni to zrobili?

Widz zwykle nie pyta o kuchnię – zachowuje się jak gość w restauracji, który zasiada wygodnie i grymasi, czepiając się  drobiazgów. Tym razem wszyscy patrzyli jak zaczarowani. Ciekawe, że podobnie zachowywali się podczas prapremiery profesjonalni przyrodnicy – ludzie, którzy przecież obserwowali i badali Puszczę przez kilkadziesiąt lat. Przekonał ich nie tylko ogrom pracy, jaką realizatorzy musieli włożyć podczas 21 miesięcy zdjęć w 30 kilometrów taśmy – co widzieli dzień w dzień na własne oczy.

Autorom Tętna udało się w formę dzieła sztuki zakląć nieuchwytnego ducha Puszczy, fenomen wiecznie zmiennej natury, oddać złożoność jej procesów. Otworzyli nową epokę w filmie przyrodniczym. Pokazali, że polifoniczny język sztuki filmowej może współgrać z hermetycznym światem nauki i z tego połączenia stworzyć specjalną jakość, czytelną i magicznie ciekawą dla wszystkich widzów.

Ale zanim doszło do emisji… zanim udało się pokazać galopujące żubry i nurkującego rzęsorka, zajrzeć mrówkom w oczy, przyłapać grzyby na ich sekretnej robocie, pływać razem z wydrą i bobrami, polować z wilkiem i puchaczem, pokazać związek pomiędzy jednym małym liściem a ogromną Puszczą – autorzy Tętna… musieli dziesiątki razy wstawać przed świtem, po pas wchodzić w bagno, grzebać w padlinie, brnąć przez chaszcze, godzinami czekać na słońce (lub chmury), znosić upał i mróz.

Lista jest długa. Podobnie jak zestaw zawodów, które musi filmowiec-przyrodnik uprawiać na planie. Być sobie sterem, żeglarzem, okrętem czyli …dyrektorem i tragarzem, alpinistą, bartnikiem, łucznikiem, akwarystą, hodować myszy (ale w kieszeni). Wszystko po COŚ… Warto przewędrować przez tę książkę – ten Traktat o szalonej = dobrej robocie, zatrzymując się przy zdjęciach (za małych!)  i ponownie (lub też po raz pierwszy) obejrzeć Tętno pierwotnej puszczy. I zrozumieć, że w życiu najważniejsza jest idea.

CYTAT. Tekst z foto-ptaki.pl, 20.10.2010 r.