Ładowanie


Wywiad internetowy: Powrót do świata – spójrzmy na tego bociana
dwutygodnik.com, 30.05.2015 r.




CYTAT. Wywiad – Stanisław Łubieński: Powrót do świata – spójrzmy na tego bociana. Źródło: dwutygodnik.com, 30.05.2015r.


Powrót do świata: spójrzmy na tego bociana

Stanisław Łubieński: Nie macie Państwo wykształcenia biologicznego, nie kończyliście szkół filmowych. Jak to się stało, że zajęliście się filmem przyrodniczym? 

JAN WALENCIK: Ja miałem zamiar studiować biologię, ale oblałem egzamin z rosyjskiego. Jestem więc takim trochę przyrodniczym akrobatą. W liceum byłem zafascynowany dziełem Włodzimierza Puchalskiego, wybitnego fotografika i filmowca. Z chwilą kiedy zobaczyłem jego książkę Wyspa kormoranów już wiedziałem, co chcę robić w życiu. Niestety nie zdążyłem poznać jej autora, wymieniliśmy tylko po jednym liście. Puchalski zmarł 19 stycznia 1979 roku na Wyspie Króla Jerzego i tam został pochowany. Zostawił po sobie rzesze naśladowców, ale ja zainspirowany jego filmami chciałem robić coś swojego. W latach 80., przy okazji robienia doktoratu trafiłem na staż naukowy do Wytwórni Filmów Oświatowych. Długo prosiłem dyrektora Macieja Łukowskiego, aż wreszcie mnie skierował do ekip filmowych realizujących filmy przyrodnicze. Do Romana Dębskiego i Rysia Wyrzykowskiego, ostatniego asystenta Puchalskiego. To dzięki niemu trafiłem do programu telewizyjnego Zwierzyniec. Przez dwa lata, miałem tam swój fragment audycji – Fotograficzny zwierzyniec. Robiłem felietony najpierw z ekipami telewizyjnymi, potem samodzielnie. Zaraz po tym zrealizowałem dwa pierwsze własne filmy: Symbioza? i Błotniak popielaty.

BOŻENA WALENCIK: A ja prawdę mówiąc przyrodę poznawałam dzięki mężowi, to on uczył mnie tej szczególnej wrażliwości. 

Pracujecie Państwo razem, a jak dzielicie się pracą?

BW: Mamy w domu kawałek studia obok części mieszkalnej. Rano można wejść w piżamie do montażowni, albo przesiedzieć nad filmem pół nocy. To ma swoje dobre i złe strony, bo często nasze sprawy zawodowe mieszają się z prywatnymi. Przez to praca właściwie nigdy się nie kończy. Możemy żyć bez kamery, ale czy bez myślenia o filmie?

JW: Teraz nie zawsze kręcimy razem jak dawniej. Żona zostaje tu w Białowieży, bo tu też jest dużo pracy, a ja z resztą ekipy jeżdżę w teren.

W ostatnim odcinku realizowanego w latach 90. serialu Tętno pierwotnej puszczy mówicie Państwo o eksploatacji Puszczy Białowieskiej. Opowiadacie się za objęciem ochroną całego jej obszaru, a nie tylko niewielkiego Parku Narodowego. Mówicie tak: „jest 3 lipca 1995 roku, pytanie <> wciąż pozostaje bez odpowiedzi”. Minęło kolejnych dwadzieścia lat i nic się nie zmieniło.

JW: My Polacy lubimy się chwalić Puszczą Białowieską, ale jakoś nie chcemy jej za bardzo chronić. Obecny Park Narodowy to jedynie niewielka wysepka naturalnego lasu i boję się, że zanim się opamiętamy wytnie się wszystko, co jest w tej puszczy cenne. W Polsce jest przecież pełno lasów gospodarczych, które są rodzajem plantacji, drzewa są tam sadzone, pielęgnowane, a potem ścinane. I nie mamy wątpliwości, że to jest konieczne. A nam, jak i wielu innym Polakom chodzi jedynie o zachowanie bezcennego skarbu, ostatniej puszczy naturalnej, nie zasadzonej ręką człowieka. Puszczę trzeba zachować przede wszystkim dla samej przyrody, nienaruszonej od tysięcy lat, a nie tylko dla nas – ludzi. Bo jak ona będzie silna i my będziemy zdrowi. Tam naprawdę widać, że to jest organizm, który sam się reguluje i doskonale daje sobie bez nas radę. Wystarczy jej nie przeszkadzać. Fascynujący jest ten ruch – niekończąca się walka, sukcesja, ekspansja. Małe siewki drzew pną się do góry, ale tylko jedna na sto osiągnie wiek średni, jedna na tysiąc doczeka starości. Któregoś dnia takie drzewo powali wiatr i powstanie miejsce dla kolejnych roślin.

BW: Ale niektórzy leśnicy uważają, że obumieranie drzew, śmierć i gnicie to zbędny element przyrody. Chcą poprawiać naturę, tak żeby uzyskać jak największy przyrost drewna dla przemysłu. Narzekają na niszczące świerki korniki, na to, że martwe drewno się marnuje, bo las przeliczają na deski. W ostatnim odcinku Tętna pozwoliliśmy sobie na refleksję: aż dziw, że gdy rodziły się puszcze nie było jeszcze leśników.

A jak się zmieniała rola filmów przyrodniczych? Tętno pokazywało naturalne procesy i stawiało ekologiczne pytania. Za czasów Puchalskiego filmy głównie prezentowały zwierzęta.

JW: W historii filmu przyrodniczego wyraźnie widać kamienie milowe. Kiedyś filmowano wszystko co się nawinęło przed kamerę, na zasadzie co słonko widziało. Te elementy układano w prosty ciąg – oto to, oto tamto. Nazwałbym to formułą zielnika. Wtedy, w latach 50. czy 60. niemal wszystko, co pokazywał film przyrodniczy, było przyjmowane z aplauzem. Widzowie dowiadywali się jak wygląda takie, czy inne zwierzę i to wystarczało. Potem BBC zaczęło swoimi filmami tłumaczyć funkcjonowanie przyrody. Pojawili się prezenterzy, tacy jak Sir David Attenborough. Dzisiaj szuka się nowej formy dla tych samych treści. Rzeczą ludzi myślących jest jednak zgłębianie pokładów jeszcze nieodkrytych. Spójrzmy na tego bociana (chodzi po trawniku przed domem – SŁ). Według  starego kanonu to by było tak: oto bocian, ma dwie nogi, skrzydła oraz dziób. Ale można też spojrzeć na świat przez pryzmat jego potrzeb. Film przyrodniczy rozumiany jest zwykle jako film dokumentalny. A ja myślę, że o bocianie można zrobić nawet wodewil. Kto zabroni? Trzeba przełamywać konwencje.

Widziałem ostatnio film z 1956 roku, jak Attenborough szuka orangutana. Zaskoczyło mnie, że on też był kiedyś młody.

JW: Dla mnie najwybitniejsza była seria The trials of life (Na ścieżkach życia). W pierwszym odcinku jest kręcona na dwie kamery scena przy kopcu nogala prążkowanego, który nie wysiaduje jaj ale składa je w kopcu z gnijących roślin i piasku. Procesy gnilne i piasek ogrzewają jaja z zarodkami, a samiec pilnuje by temperatura była odpowiednia. Attenborough z miną urwisa zasypuje jaja warstwą piasku. Nogal natychmiast go odgrzebuje. Zabawa w zasypywanie i odsypywanie trwa dłuższą chwilę. To był dla mnie kamień milowy w pokazywaniu przyrody poprzez nasze emocje. Filmy z prezenterami też są niejednorodne. Attenborough to forma szlachetna, klasyczna forma. Inni – niestety wszechobecni – za wszelką cenę starają się być przed kamerą bohaterskimi prezenterami, którzy koniecznie muszą wszystko łapać, szarpać, wygrzebywać – słowem: ujarzmiać. Pytanie: czemu to służy? To jest czysta komercja, która powstaje wyłącznie, dlatego że podobno Amerykanie czy Australijczycy to lubią. A ja niepoprawnie sądzę, że film przyrodniczy ma służyć edukacji widza. I nie chodzi o nudne, szkolne nauczanie, ale o inteligentną, pozytywną indoktrynację, pozyskiwanie sojuszników dla przyrody.

A jak zmienia filmy przyrodnicze zastosowanie nowoczesnych technologii?

JW: Poprzeczka jakości poszła w górę. Bo pojawia się wyrafinowany jakościowo obraz i tyle możliwości, że łatwo się tym zachłysnąć. Sztuka polega na tym, żeby utrzymać balans między możliwościami technicznymi, a treścią filmu.

Tętno było wydarzeniem, a Saga prastarej puszczy przemknęła przez ekrany prawie niezauważona.

BW: Kiedy kręciliśmy Sagę, w środku produkcji – w 2005 roku zmieniła się ekipa w telewizji i zażądano od nas zmian w scenariuszu. Miało nie być krwi, śmierci, miało być tylko miło i gładko. Zwierzęta miały być obiektami, a nie żywymi istotami, które czują. Żądano od nas zbyt wiele. Nie mogliśmy się na to zgodzić. Nagle zabrakło pieniędzy na zrobienie Sagi w technologii HD, nagle zerwano z nami umowę na ostatnią część – making off, o tym jak film powstawał. A potem Saga na prawie półtora roku trafiła na półkę. To była kara za to, że się nie podporządkowaliśmy. W końcu, we wrześniu 2010 roku, Saga została wyemitowana, ale… bez żadnej promocji. Pokazano cztery z dziesięciu odcinków i serial zdjęto z anteny. Pozostałe części wyemitowano w grudniu, w ciągu jednego tygodnia, codziennie po 12 w południe.

JW: Licencję na osiem emisji kupił w końcu od TVP kanał Planete+. Dopiero tam serial należycie wypromowano, zrobiono zwiastuny, oprawę, reklamę w Internecie. Sagę emitowano dziewięciokrotnie i długo w rankingach tego kanału była na pierwszym miejscu oglądalności. Widzowie dali świadectwo jej jakości.

Saga prastarej puszczy to film przyrodniczy, ale zarazem fabularny.

JW: Nasza droga twórcza to ewolucja, zawsze staramy się robić coś innego. Tętno z lat 90. było ekspresją dwójki prezenterów, po to by pokazać mechanizm funkcjonowania lasu. Później pracowaliśmy z Anglikami, aż w końcu pojawiła się szansa na serial Saga prastarej puszczy. Początkowo w National Geographic, a ostatecznie w TVP. Z pewnością pomogło to, że Tętno zostało zauważone przez widzów i świat filmu. Teraz zapachniało nam spróbowanie czegoś nowego, chcieliśmy pokazać puszczę zupełnie inaczej. Uznaliśmy, że dramaturgię, której szukamy niesie tylko kino wielkiego ekranu. Fabuła. I od razu wiedzieliśmy, że chcemy w każdym odcinku opowiedzieć o życiu jednego tylko bohatera zwierzęcego.

W internecie czytałem dyskusję na temat odcinka z krukiem. Jakiś widz niepokoił się, że ptak zginął zastrzelony przez kłusownika. Inny uspokajał, że kruk został ranny i trafił do azylu, bo tak sugerowało zakończenie.

BW: To tylko dowidzi, że różni widzowie mają różne pokłady wrażliwości – i bardzo dobrze, bo każdy ten dramatyczny koniec odczyta po swojemu. Proszę pamiętać, że film – nawet przyrodniczy – nigdy nie jest rzeczywistością, a zaledwie jej odzwierciedleniem interpretowanym przez autora. Zawsze i wszędzie!

W waszej Sadze ciągle się coś dzieje. Nie baliście się Państwo, że widz będzie trochę zawiedziony rzeczywistością w puszczy?

JW: A jak może być inaczej, skoro w realnym świecie zwierzęta boją się ludzi i uciekają od nich, gdzie pieprz rośnie. Widz powinien pamiętać o tym, że ogląda film – odzwierciedlenie rzeczywistości. Mamy świadomość, że siła telewizyjnego medium jest olbrzymia, dlatego film przyrodniczy to bardzo odpowiedzialne zadanie. W Sadze chcieliśmy jednak zrezygnować z dokumentu i zmierzyć się z fabułą. Budowaliśmy dramaturgię w trzech klasycznych aktach: wprowadzenie, rozwinięcie, finał. Nasi bohaterowie mieli w życiu cel i przechodzili przemianę. Próbowaliśmy różnych sposobów poprowadzenia akcji, np. inwersji czasu. Poza tym nie chcieliśmy ulegać tej powszechnej manii tłumaczenia wszystkiego, bo wierzymy w inteligencje widzów.

Jakie zwierzę okazało się najzdolniejszym aktorem?

BW: Każde miało trochę inną dynamikę. Mieliśmy na przykład w studiu formikarium, sztuczne mrowisko mrówek ćmawych – wiele matek, które znosiły jajka, a myśmy to obserwowali i dbaliśmy o odpowiednie warunki. To było naprawdę fascynujące. Inaczej pracowaliśmy z sóweczkami. Te drapieżniki wielkości szpaka kręciliśmy niemal wyłącznie w naturze. Mieliśmy piekielne szczęście, bo namierzyliśmy dziuplę z aż ośmioma jajami.

JW: Dzięki specjalnej kamerze na podczerwień dowiedzieliśmy się na przykład, że wbrew temu, co mówiły źródła naukowe, pisklęta wcale nie klują się równocześnie. Najmłodsze wyszło pięć dni po starszym rodzeństwie. Wszystkie pisklęta opuściły dziuplę – to wielki sukces na sóweczki. Zdarzyły się też inne ciekawostki. Na przykład znaleźliśmy w dziupli jajko świstunki, małego, owadożernego ptaka. Jakim cudem? Jedyne wytłumaczenie: sóweczka upolowała i nakarmiła młode świstunką, która miała w sobie jajko. Sóweczka jest akurat gatunkiem mało płochliwym i odpornym na obecność człowieka. Ale parę razy nawet ona przyłożyła mi po głowie, gdy byłem za blisko. A tak naprawdę – wszyscy nasi zwierzęcy bohaterowie  byli fantastyczni (choć każdy inaczej), więc trudno nam wybrać tylko jednego…

A z jakiego ujęcia jesteście Państwo szczególnie dumni?

JW: Wiele zdrowia kosztowało nas uchwycenie momentu, kiedy samiec sóweczki przekazuje samicy pokarm. Za każdym razem ptaki robiły to w jakimś niedostępnym dla oka kamery miejscu, albo akurat sprzęt był niegotowy. Siedzieliśmy tam tygodniami, słyszeliśmy jak sóweczki się nawołują. On pogwizduje, ona odpowiada świstem. Wchodzą w dialog, samiec podaje dziobem ofiarę, samica odbiera i zaraz frrr, odlatuje. Sytuacja trwa dosłownie kilka sekund i na następną okazję trzeba czekać kolejne trzy godziny. Ale największym przeżyciem było chyba filmowanie porodu wilczycy. Dyżurowaliśmy przy niej, bo akcja zaczęła się o 7 rano, a skończyła o 13. Pierwsze symptomy porodu widzieliśmy jeszcze po ciemku. Byliśmy gotowi. To było nadzwyczaj intymne przeżycie i miałem wyrzuty sumienia, ze wchodzę w tę intymność matki i szczeniąt, a zarazem cieszyłem się, że mogę w tym uczestniczyć. Ruszałem się bardzo powoli i kręciłem. Wtedy urodził się ten nasz filmowy wilk, Bystry – najpierw łapa, później cała reszta. Pojawiało się jedno szczenię na godzinę. Samica przegryzała pępowinę, zjadała worek owodniowy, wylizywała młode, a one czołgały się do sutków. Te małe wilki są niezwykłe – takie czarne, wyglądają bardziej jak niedźwiadki, mają krótki, spłaszczony pysk i język zwinięty w rurkę, przystosowany do mocnego ssania. O sfilmowaniu czegoś takiego w warunkach naturalnych mógłbym tylko marzyć. Bo wyobraźmy sobie, jakby to wyglądało: już znalezienie nory byłoby piekielnie trudne i to nory, w której leży matka z młodymi. Albo właśnie rodząca. Załóżmy, że mamy taka norę, że przy niej jest nas minimum trójka (inaczej nie dałbym rady przydźwigać całego sprzętu). Załóżmy, że teraz w tę norę pakujemy specjalną kamerę razem z oświetleniem. Mogę się tylko domyślać, co zrobiłoby przerażone zwierzę…

A nad czym obecnie Państwo pracujecie?

JW: Kończę właśnie wielką monografię Włodzimierza Puchalskiego, to będzie opasły tom, około tysiąca stron. Biografia beletrystyczna, ale ze sznytem naukowym. Poza tym pracujemy nad sześcioodcinkowym serialem i filmem kinowym. Temat: przyroda północno-wschodniej Polski. Zastosujemy najnowsze technologie, ale formalnie to będzie kolejny etap naszych twórczych przemian.

CYTAT. Tekst z dwutygodnik.com, 30.05.2015 r.