Ładowanie


Wywiad prasowy: Poczuć zew puszczy 
Kwartalnik OTOP, nr 2 2013 r.



CYTAT. Fragment wywiadu – Elżbieta Okołów: Poczuć zew puszczy. Źródło: Kwartalnik OTOP, nr 2 2013 r.

CYTAT. C. d. wywiadu – Elżbieta Okołów: Poczuć zew puszczy. Źródło: Kwartalnik OTOP, nr 2 2013 r.

CYTAT. C. d. wywiadu – Elżbieta Okołów: Poczuć zew puszczy. Źródło: Kwartalnik OTOP, nr 2 2013 r.

 
 

CYTAT. C. d. wywiadu – Elżbieta Okołów: Poczuć zew puszczy. Źródło: Kwartalnik OTOP, nr 2 2013 r.

CYTAT. C. d. wywiadu – Elżbieta Okołów: Poczuć zew puszczy. Źródło: Kwartalnik OTOP, nr 2 2013 r.

CYTAT. C. d. wywiadu – Elżbieta Okołów: Poczuć zew puszczy. Źródło: Kwartalnik OTOP, nr 2 2013 r.

 
 


Poczuć zew puszczy

„W SERII SAGA PRASTAREJ PUSZCZY CHCIAŁEM POKAZAĆ PRZEDE WSZYSTKIM, CZYM DLA KONKRETNEGO ZWIERZĘCIA JEST PUSZCZA, JAK ONO SIĘ Z NIĄ DOPEŁNIA. PO WIELU LATACH PRACY WIEM, ŻE MUSIMY ŻYC Z PRZYRODĄ, BEZ NIEJ JESTEŚMY MNIEJ MĄDRZY, UBOŻSI”. O PRACY NAD FILMAMI PRZYRODNICZYMI, MIŁOŚCI DO PUSZCZY BIAŁOWIESKIEJ I OCHRONIE PRZYRODY OPOWIADA JAN WALENCIK W ROZMOWIE Z ELŻBIETĄ OKOŁÓW.

Pochodzisz z Kazimierza Dolnego nad Wisłą. Jak to się stało, że związałeś się z Białowieżą?

Białowieża to było moje marzenie od początku liceum. Dostałem wtedy w konkursie LOP-u w nagrodę książkę Park Narodowy w Puszczy Białowieskiej pod redakcją dr. Falińskiego i mnie wzięło. Oglądając ją, wyobrażałem sobie tę puszczę, pokazaną na zdjęciach min. Włodzimierza Puchalskiego, i ten zachwyt pozostał. Znałem ją również trochę z filmów, także Puchalskiego, które były w tamtym czasie pokazywane w szkołach i w telewizji.

Pierwszy raz przyjechałem do Białowieży w 1975 roku. Jak zobaczyłem ten niezwykły las, to postanowiłem, że za wszelką cenę tu wrócę. I wracałem. Najpierw z aparatem – to była jeszcze amatorska robota. Ale jak już realizowałem filmy, to jeden z pierwszych powstał w Białowieży. I wtedy razem z żoną wsiąknęliśmy tu na dobre. Robiliśmy kolejne filmy. Wkrótce wymyśliliśmy scenariusz na całą serię, mam na myśli Tętno pierwotnej puszczy. Od początku był to pomysł, żeby w sposób skończony, wyczerpujący, a jednocześnie przystępny – budujący wiedzę, empatię i zainteresowanie – pokazać ekosystem Puszczy Białowieskiej. Zajęło nam to prawie trzy lata, zaczęliśmy w 1993, a na antenie film był w grudniu 1995 roku. W tym czasie wsiąkliśmy w tutejsze środowisko, głównie ornitologów. Ich obecność była dla nas bardzo ważna, bo korzystaliśmy z ich wiedzy, doświadczenia, znajomości lokalizacji konkretnych gniazd. Jak chce się robić filmy lub zdjęcia, to trzeba tę wiedzę dogłębnie posiąść. Rzucić na ekran jakąś blagę jest bardzo łatwo, ale potem się to mści. Staramy się dbać o wiarygodność i rzetelność naszych produkcji filmowych. Jeśli na przykład budujemy jakąś fikcyjną scenę, to musimy ją tak pokazać, żeby prawdopodobieństwo zdarzeń było bardzo wysokie.

Od 1986 do 2009 r. razem z żoną współpracowaliście z Telewizją Polską. Powstało wtedy m.in. Tętno pierwotnej puszczy. Dlaczego teraz w telewizji nie powstają już tego rodzaju produkcje?

To jest bolesna sprawa. Mógłbym tu wyłożyć wszystkie swoje żale na to, jakie nam, i nie tylko nam, uczyniono na Woronicza krzywdy. My odczuliśmy to głównie przy kręceniu Sagi prastarej puszczy. Prace nad nią trwały prawie 10 lat. Zaczynaliśmy, kiedy jeszcze istniała Telewizja Edukacyjna jako wydzielona jednostka. Miała ona swoje redakcje, m.in. Redakcję Programów Przyrodniczych, gdzie szefową była Zofia Żukowska. Ta telewizja miała wtedy inny personel, inne przełożenie w sensie potrzeb, celów, spełniania misji. To było bardzo ważne i szlachetne, że pracowało się dla tej firmy, bo dokładaliśmy się ze swoim ja do tej misji i to było dla nas dużym honorem. Dzisiaj jest zgoła odwrotnie. W ciągu tych 10 lat tworzenia Sagi... zaszła niesłychana metamorfoza. Nie chodzi tylko o zmiany prezesów, bo to naturalne, ale telewizja strasznie się w tym czasie upolityczniła. To znaczy zawsze była polityczna, ale wcześniej były sprawy święte, jak sport, programy popularnonaukowe, i w tej grupie programy przyrodnicze, bo rola edukacyjna była ważna i to była siła telewizji. Potem to psiało krok po kroku. Telewizję Edukacyjną rozwiązano. Zaczęto wymieniać i usuwać ludzi. Były takie czasy, że Edukacyjna dawała programy od poniedziałku do piątku, chyba od 9.30 do 16. To był duży wysiłek, ludziom się chciało cokolwiek robić, był żar. Czuło się, że robimy coś istotnego. A potem przyszło nowe i zaczęło się psuć. Zmiana za zmianą, różne panie i różni panowie, którzy przekonywali nas, jak mamy pracować, że np. w naszym filmie nie może być krwi, nie może być tego czy tamtego. My w tę robotę włożyliśmy dużo wysiłku – mówię o znoju w terenie, o naszych pomysłach. A tu ktoś – kompletny dyletant, ignorant przyrodniczy, edukacyjny i filmowy – ośmielił się wchodzić nam w paradę, narzucać swoje zdanie, bo mu się wydaje, że jest fachowcem. Prawda jest taka, że nie było wtedy żadnego człowieka od edukacji, żadnego przyrodnika, żadnego z prawdziwej krwi filmowca. A w trakcie kolaudacji przygotowywanych odcinków Sagi... pojawiały się komentarze w rodzaju: to nieudolne, to nie nasza bajka itp. Ja rozumiem, że można patrzeć na ludzi, którzy mają zainteresowania filmowo-przyrodnicze czy ptasie, jak na wariatów, ale są różne rodzaje wariactwa. Często działalność odbiegająca od stereotypu jawi się jako coś głupkowatego. A to nieprawda. Myślę, że ludzie, którzy obcują z przyrodą, są lepsi i bogatsi od innych. Jeśli mają otwarte głowy i potrafią wyciągać wnioski, uczyć się od przyrody, to mają szansę przeżyć więcej i w tym sensie są bogatsi, lepsi. Włodzimierz Puchalski miał na to swoje wyjaśnienie. Jak go pytano, dlaczego ludzie chętnie chodzą na jego filmy, odpowiadał: im bardziej człowiek oddala się od przyrody, tym bardziej do niej tęskni. Niby to banalne, ale to jest cała prawda, bo wszystko robimy, by się cywilizować, aby się otaczać różnymi dobrami, a potem okazuje się, że wokoło jest pustka.

Jakich rad udzieliłbyś osobom, które chciałyby się zająć kręceniem filmów przyrodniczych? Od czego muszą zacząć?

Przede wszystkim trzeba chcieć to robić, bo to nie jest robota za karę i nie jest to robota dla wariatów, jak niektórzy mogliby utrzymywać. Czasami wygląda to dziwnie, bo leży się gdzieś w krzakach, albo z wody wystaje głowa i kawałek kamery. Trzeba się wystawiać na komary i nie ma weekendów, odpoczynku, bo przyroda tego nie rozumie. Na pewno przydatne jest skończenie kierunku przyrodniczego. To bardzo pomaga, choć równie dobrze można nie być przyrodnikiem. Ja na przykład nie mam wykształcenia ani przyrodniczego, ani filmowego. Można powiedzieć, że jestem akrobatą pod tym względem. Ta akrobatyka wymaga dużej dozy samozaparcia. Do wiedzy i umiejętności dochodzi się latami. Z czasem powstaje coś, co można określić własnym stylem czy własnym pazurem – to jest wypadkowa różnych umiejętności, możliwości, skłonności, dążeń. Dobrze jest mieć przygotowanie przyrodnicze czy filmowe, jednak ono nie zastąpi czegoś o wiele ważniejszego: zainteresowania, czyli skłonności do takiej pracy, która w człowieku siedzi. Słowem – pasji!

Czy jest jakiś przegląd amatorskich filmów przyrodniczych, gdzie młodzi filmowcy mogą prezentować swoją twórczość?

Ostatnio pojawiają się takie nieliczne festiwale Ale dzisiaj jest zupełnie inna szansa – Internet, YouTube, tego typu miejsca. To jest rzecz niebywała, która daje niesamowitą równość. Dzisiaj każdy może pokazać swoją pracę. Chociaż jednocześnie jest silne współzawodnictwo. Dlatego ważne jest, by pokazywać swój pazur, by działać, wymyślać, próbować po swojemu. Na początku niemal nieunikniony jest etap naśladownictwa. Mnie osobiście nigdy nie fascynowało bycie epigonem, zresztą w mojej niedoszłej rozprawie doktorskiej na temat Włodzimierza Puchalskiego miał być ostatni rozdział: Epigoni i co dalej? Bo naśladowców Puchalskiego było sporo. Ale przecież chodzi o to, by pokazać własny charakter, mieć coś do powiedzenia.

W ogóle cała moja historia wiąże się mocno z Włodzimierzem Puchalskim, którego życie i dzieło stały się do pewnego stopnia moją obsesją. Z materiału, jaki zgromadziłem o nim do mojej niedoszłej pracy doktorskiej, powstanie książka. Praca nad nią trwa już wiele lat, przerywają ją kolejne projekty filmowe, ale niedługo książka zostanie wydana. Obiecałem ją zresztą żonie Włodzimierza Puchalskiego. To jest praca z potrzeby serca. Przed książką, wiele lat temu, zrobiliśmy film Puchalszczyzna. Myślę, że tej książki można się spodziewać na początku przyszłego roku.

Co jest najtrudniejsze przy kręceniu filmów przyrodniczych? Nieprzewidywalność przyrody?

Tak, absolutnie ta nieprzewidywalność. Ale to jest jednocześnie najbardziej frapujące i zawsze bardzo rozpala moją wyobraźnię. Pozwala mi zachować spojrzenie małego Jasia, bo aby móc być filmowcem, trzeba w sobie cały czas budzić dziecko. Jak człowiek się zestarzeje, zmęczy, to przestaje dostrzegać wiele ciekawych rzeczy. Dlatego ten ogień trzeba cały czas podsycać. Na przykład zawsze mnie zadziwia, jak w puszczy na 1m2, gdzieś w pobliżu powalonej kłody, znajduję dużo różnego życia. Ta bioróżnorodność, wielość gatunkowa, wielość żyć – to jest coś niezwykłego, coś, co pokazuje, że przyroda jest zawsze w ekspansji. Z tego względu nie jestem wyznawcą klimaksu. Dla mnie ten termin nie wpisuje się w funkcjonowanie przyrody, bo przyroda nie zatrzymuje się, wszystko jest w ruchu. Wolę widzieć w przyrodzie nieustanne dążenie do stanu równowagi. Oczywiście jest w nim siła, która nigdy się nie kończy, bo jaką formę finałową lasu można uznać za klimaks? Czy jest ona tuż przed wichurą, która za chwilę zniszczy zastany układ, powali drzewa? Właściwie wydaje mi się, że – jak powiedział kiedyś prof. Janusz Faliński – puszcza nie polega na tym, że tu są tylko wielkie, stare drzewa. Puszcza polega na trwaniu w czasie różnych pokoleń, ich wymienianiu się – to jest jej siła. Trafnie o tym powiedział też profesor Witold Keller w książce Przymierze z lasem. Napisał: puszcza – Symfonia siły, zdrowia i nieśmiertelności. Piękna kwintesencja.

Dobrze jest nie zapominać, że wszyscy jesteśmy z przyrody. Szkoda tylko, że człowiek dość buńczucznie sobie z nią poczyna i uważa, że jest panem stworzenia.

Nawiązując trochę do tej myśli – jak sądzisz, w czym tkwi problem niezrozumienia potrzeby ochrony Puszczy Białowieskiej? Wydaje się oczywiste, że miejsce to powinno zostać w całości objęte ochroną, dlaczego więc lokalna społeczność, lokalne władze tego nie chcą?

Powiem nie wprost. Uważam, że skrajności zawsze są szkodliwe, a prawda leży pośrodku. Ostre, kategoryczne działania często przynoszą szkodę. Kiedyś byłbym może bardziej za samą przyrodą dla niej samej. A dzisiaj wiem, że powinniśmy szukać łączności, wspólnego mianownika dla przyrody i ludzi. Zmieniliśmy kształt przyrody do takiego stopnia, że czasem bez ingerencji człowieka nie tyle sobie nie poradzi, ile pójdzie w stronę zupełnie nieprzewidywalną. Dzisiaj ważna jest koegzystencja, przyroda musi być razem z człowiekiem, i z drugiej strony człowiek musi być z przyrodą. Czym to ma się objawiać tu, w puszczy na przykład? Absolutnie trzeba ją chronić. Czy to będzie się nazywało park narodowy czy inaczej, to nie ma znaczenia. Chodzi o to, by ta zagrożona substancja przyrodnicza miała gwarancję, że będzie nietykalna.

Ale lokalna społeczność nie chce w taki sposób chronić puszczy?

Nie do końca nie chce. Ludziom często brakuje wiedzy, tego się im nie tłumaczy, a nawet jeśli się tłumaczy, to niektórzy nie przyjmują tego do wiadomości. Dlatego myślę, że mądrzy ludzie powinni dla tej przyrody zrobić coś, co ją ochroni. Poza tym w Białowieży wbrew pozorom dużo się zmieniło, jeśli chodzi o podejście do puszczy. Kiedyś ludzie nie wpuszczali turystów do domu, nie było czegoś takiego jak prywatny ruch turystyczny. Dzisiaj zaczęli z tej turystyki żyć, choć nadal uważają, że puszcza jest do brania. Ja uważam, że puszcza powinna trwać, nie powinna być eksploatowana, a jeśli już, to w ramach przebudowy drzewostanu, poprawiania tego, co się zepsuło przez nasadzenia monokulturowe na przykład. Ale uważam także, że powinni przy tym coś zyskać mieszkańcy. Nie chodzi o to, żeby ich kupić, ale żeby im pokazać, że można inaczej z tą puszczą koegzystować. A tak naprawdę do czego im ta puszcza potrzebna jest najbardziej? Dzisiaj głównie dla drewna do komina. Eksploatowanie puszczy przez wieki to był zawód, więc jeśli się teraz to blokuje, to ludzie się burzą. Dlatego trzeba im proponować coś w zamian.

Najwięcej zła stało się nie z powodu oporu mieszkańców, ale głupoty administracji. Dlaczego nie poświęcono odpowiednio dużej energii i działań na badania socjologiczne, na przepytanie mieszkańców, co ich boli, do czego dążą? Jaka jest ich przyszłość, jak to wygląda w prognozach, dlaczego młodzi ludzie odchodzą, dlaczego ugorem leżą wszystkie pola? Przecież trzeba być ślepym i głuchym, żeby nie wyciągać z tego wniosków. A stamtąd, z Wawelskiej, szły różne górnolotne przesłania o tym, jak to puszcza jest znana w świecie. Jakie to ma znaczenie dla mieszkańców? Tutejsza ludność, jak wszędzie, nie myśli przez pryzmat wzniosłych słów, ale przede wszystkim swoich interesów, żeby mieć ciepło zimą i mieć co do garnka włożyć. Dlaczego nie zaproponowano mieszkańcom różnych ulg, dlaczego z Białowieży nie zrobi się perełki, w której można żyć dostatnio i z której można być dumnym? Na przykład co tutaj się dzieje w Nowy Rok – te strzelania racami to dla zwierząt puszczańskich koszmar. Tutaj się nie szanuje ciszy. Najpierw nie szanowało się drzew, a teraz ciszy.

Myślę, że nic puszczy nie może uratować, jak tylko swego rodzaju ukaz carski, czyli odważna i odpowiedzialna decyzja z najwyższego szczebla. Bo to powinna być sprawa, w której nie pyta się mieszkańców, czy wolno. To jest racja wyższego rzędu. Przecież na przykład nie pyta się – tylko wywłaszcza – ludzi pod budowę dróg. A tutaj wszyscy mówią: nie damy, bo nasze. Trochę wyciszyła się sprawa ochrony puszczy, ale nie jest to sprawa załatwiona. Puszcza Białowieska to naprawdę wyjątkowe miejsce, my przynajmniej zawsze tak do niej podchodziliśmy, traktując ją jak miejsce niezwykłe i święte. Tam, gdzie to tylko możliwe, tłumaczymy, że to jest ta wysepka, która została na oceanie europejskiej cywilizacji. Las naturalny, nie posadzony ludzką ręką, tylko taki, który powstał siłami natury, chociaż mocno przez ludzką rękę podniszczony.

,,Od lat, odkąd filmuję, nurtuje mnie myśl: jak to jest- być dzikim zwierzęciem? Być wilkiem, krukiem, żubrem, bobrem albo mrówką? Przekroczyć granice odczuwania ludzi i zwierząt. Poczuć dzikość, której nic nie poskromi". Tymi słowami rozpoczyna się każdy z odcinków Sagi prastarej puszczy. Czy dzięki filmowaniu przyrody, bliskiemu kontaktowi z nią udało ci się tę dzikość poczuć?

Myślę, że przez bliski kontakt ze zwierzętami, np. wilkami, byłem bliski takich stanów. To coś można nazwać zewem. To taki stan, w którym organizm nie czuje tylko siebie, ale czuje wspólnotę z milionem innych żyć. Stan uniesienia, dopełnienia, spokoju, gdy ma się wrażenie, że wszystko jest na swoim miejscu. Także kojący stan, w którym mam wrażenie, że jestem częścią tej puszczy. Niezwykłe było także czuć trwogę taką samą jak wilk, kiedy – w głębi lasu – na przykład nie chciałem być widziany przez ludzi. W naszych filmach zawsze chcieliśmy pokazać przede wszystkim, czym dla konkretnego zwierzęcia jest puszcza, jak ono się z nią dopełnia. Po wielu latach ciągłego doświadczania przyrody z kamerą wiem, że musimy żyć razem z naturą. Bo przecież i my jesteśmy z natury... Pocieszające jest to, że ona bez nas może sobie dać radę. Uważam za przejaw absolutnej buty ludzkiej, niezawinionej może, określenie: zostawmy przyrodę następnym pokoleniom. My tu tylko dzierżawimy czas przez chwilę, a przecież takie określenie pokazuje, że czujemy się panami wszelkiego życia. Może więc inaczej to nazywajmy: bądźmy z przyrodą na ty, poznawajmy ją, bo przez to będziemy chcieli ją rozumieć, a dzięki rozumieniu łatwiej zobaczymy swoje w niej miejsce i łatwiej będzie nam z nią wspólnie żyć.

(…)

CYTAT. Tekst z Kwartalnika OTOP, nr 2 2013 r.